Gott selbst ist tot

Moralność panów i moralność niewolników

Przyznam, że jest mi coraz trudniej. Coraz trudniej to wszystko ogarnąć, utrzymać w całości. Rozbiega się pomiędzy palcami, wylewa jak woda, skapuje na rozgrzany beton i zaraz wyparowuje.

Bóg umarł! Bóg nie żyje! Myśmy go zabili! Jakże się pocieszymy, mordercy nad mordercami? Najświętsze i najmożniejsze, co świat dotąd posiadał, krwią spłynęło pod naszymi nożami – kto zetrze z nas tę krew? Jakaż woda obmyć by nas mogła? Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będziem musieli wynaleźć? Nie jestże wielkość tego czynu za wielka dla nas? Czyż nie musimy sami stać się bogami, by tylko zdawać się jego godnymi? Nietzsche, Wiedza radosna, sekcja 125, tłum. Leopold Staff

Słowa nabrały nowego znaczenia.

Trzymam w ręku pierwszy album King Crimson

51 lat temu, 10 października Robert Fripp, Ian McDonald, Greg Lake oraz Michael Giles tekstami napisanymi przez Peter Sinfielda ogłosili zaćpanemu i pogrążonemu w alkoholowej zadumie światu, zbliżającą się apokalipsę sumień i dobrych uczynków. Od lat bowiem wspominano, że chorzy przed śmiercią mają się coraz lepiej.

Album „In the Court of the Crimson King” jest jednym z pierwszych i najbardziej wpływowych albumów, który zmienił zasadniczo późniejszy rozwój rocka progresywnego. To właśnie na nim muzycy King Crimson połączyli wpływy bluesa, na którym powstawała muzyka rockowa, z elementami jazzu, muzyki klasycznej i symfonicznej.

Pierwsze sesje nagraniowe do „In the Court of the Crimson King” odbyły się na początku 1969 roku przy współpracy producenckiej Tony Clarka, znanego z osiągnięć w pracy z Moody Blues. Jednak wszystko spaliło na panewce i sesje poszły nie po myśli muzyków. Król czuwał, grupa otrzymała pozwolenie na samodzielną produkcję albumu.

Dokonało się.

Cały materiał nagrano na 1-calowej 8-kanałowej nagrywarce. Aby uzyskać charakterystyczne bujne, orkiestrowe dźwięki na płycie, Ian McDonald spędził wiele godzin dogrywając kolejne warstwy Mellotronu i różnych instrumentów dętych drewnianych i stroikowych. Jakiś czas po ukończeniu albumu odkryto jednak, że główny rejestrator stereofoniczny używany na etapie miksowania albumu miał nieprawidłowo ustawione głowice nagrywające.

Wymalowana twarz na okładce to Schizoid Man, dopiero wewnątrz jest Crimson King. Jeśli zakryjecie ręką uśmiechniętą twarz z okładki, to oczy ujawniają niesamowity smutek. Cóż można więcej dodać do tego fenomenu? Odzwierciedla on muzykę, która opowiada o tym co dookoła nas.

Na rynku muzycznym od tego czasu zmieniło się wiele. Ogromna liczba wykonawców nie żyje, kolejna część przestała tworzyć, a resztki artystów, którym słowo sztuka na zawsze pozostanie pisane przez S, tworzy w ukryciu, niemal dla garstki odbiorców. Nie oznacza to jednak, że muzyka umarła sama, myśmy ją zabili!

Na zdjęciu Greg Lake prezentuje album In the Court of the Crimson King

Z muzyką zabiliśmy jeszcze kilka ważniejszych wynalazków ludzkości. Zamordowaliśmy wiarę w prawdziwość słów, zmieniliśmy ich znaczenie, przewartościowaliśmy skalę uczuć, a do tego postawiliśmy na głowie naturalne prawa natury.

Ze wszystkich sił dopingujemy politykom. Mam takie wrażenie, jakbyśmy nagłym podmuchem przeniesieni zostali ze spokoju domowych pieleszy do charczącej krzykiem sali, gorącej od potu i tam uczestniczyli w ociekającej krwią jatce w trakcie walki psów czy corridy. Dziś nie jest ważne kto kogo, ważne jest by lała się parująca, rozgrzana jucha, soczyście czerwona, bo tylko taka dobrze wygląda na ekranie telewizora.

Bogowie znoszą i potwierdzają w królach czyny,
które są źródłem ich przerażeń, gdy je popełnia motłoch.
The Tragedie of Gorboduc

Szczęśliwi, rozsiadamy się w wygodnych fotelach i rozpoczynamy ostatni spektakl, umieramy z radości. Amused to Death… Pochyleni nad małymi ekranikami urządzeń, które kontrolują nasze życie, zapominamy być, surfujemy po Internecie nie podnosząc głowy. Dorobek ludzkości – pismo, ponownie zamieniamy w obrazki. Na własne życzenie redukujemy się do kolejnego dotkom (.com), do kolejnego naciśnięcia Enter. Znikniemy, gdy ktoś wyłączy prąd.

Nie jestem specjalistą od spraw hinduizmu i buddyzmu, lecz chcę napisać o małej „cegiełce” wielkich, filozoficznych spraw. Karma to suma działań człowieka w tym i z poprzednich stanów istnienia postrzegana jako decydująca o jego losie w przyszłych egzystencjach. Czasem nazywana po prostu losem lub przeznaczeniem. Tyle w temacie druzgocących wiadomości z piątku.

Na zdjęciu prezydent USA Donald Trump

A co, jeśli to zwyczajnie kampanijna zagrywka? Skoro traci tak wiele, to dlaczego nie odsunąć go od drugiej i trzeciej, coraz bardziej pogrążającej go debaty? A co, jeśli to wszystko jest zaplanowane? Byłoby to zapewne, najbardziej wyrafinowanym planem w historii nowożytnych dziejów Ameryki Północnej. A w nim po same brzegi buńczucznej wiary w samego siebie i nieopisana ilość cynizmu. Tyle się przecież wydarzyło, że fenomen ten zdążono nawet nazwać October surprise.

Człowiek chyba po raz pierwszy w swej historii przeżywa tę dojmującą skończoność świata. Wieczorami śledzi życia innych ludzi na ekranach swoich bystrych urządzeń i ogląda tych, których jeszcze sto lat temu nie miałby szans spotkać na swojej drodze. Olga Tokarczuk

Dzisiejszy wpis otwiera praca, której autorem jest Anwar Mostafa <– proszę sprawdźcie koniecznie jego inne grafiki.
0

Leave Comments:

Add Comment

 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.