Wszystko ma swój początek, a ten konkretny zgrzyt kulturowy zainaugurowała dokładnie dziesięć lat temu Grażyna Auguścik. Równo dekada minęła, odkąd z uporem maniaka próbuje się ożenić mazowiecką wierzbę płaczącą z bezlitosną, stalowo-szklaną geometrią Chicago. Precyzując: to nie „my” próbujemy. To żelazna konsekwencja samej Auguścik, zderzona z chronicznym brakiem zainteresowania zapatrzonej w siebie, polonijnej bańki, doprowadziła ten projekt do dziesiątego wydania. Jubileuszowa edycja festiwalu „Chopin IN the City” to zatem doskonały pretekst, by zapytać chłodno i bez patriotycznych uniesień: po co nam właściwie ten cały Fryderyk nad jeziorem Michigan?
Odpowiedzi na to pytanie jednak nie będzie. Przynajmniej nie dzisiaj i nie z moich ust. Po pierwsze, tkwię w tym przedsięwzięciu zbyt głęboko, by silić się na chłodny obiektywizm, a po drugie – z tegorocznego, jubileuszowego tortu uszczknąłem na razie zaledwie jeden mały, choć niezwykły kawałek.

Blogerska niezależność ma jednak swoje niezaprzeczalne przywileje: zwalnia mnie z obowiązku bycia wszechwiedzącym recenzentem całości, pozwalając skupić się na wybranym detalu. A detalem tym nie był ot, kolejny poprawny koncert, ale zjawisko z pogranicza muzyki i teatru, osadzone w Harris Theater. Sam wybór tej prestiżowej sceny w sercu miasta okazał się bezlitosnym testem. Obserwując nerwowe poszukiwanie miejsc i zagubione spojrzenia na widowni, trudno było nie odnieść wrażenia, że dla sporej części publiczności wyprawa do tego przybytku muz była logistycznym wyzwaniem i absolutną premierą.
Gdy już wszyscy odnaleźli swoje fotele, na scenie pojawił się Hershey Felder ze swoim spektaklem „Monsieur Chopin”. Kanadyjski aktor oparł się o fortepian i z niezachwianą pewnością siebie oświadczył chicagowskiej publiczności, że jest Fryderykiem we własnej osobie. Iluzja była intrygująca, zwłaszcza w momencie, gdy Felder zaintonował „Lulajże Jezuniu”. Słuchając tego, trudno było mi oprzeć się złośliwemu wrażeniu, że jego sceniczna polszczyzna nie przypomina raczej subtelnego języka dziewiętnastowiecznych paryskich salonów, lecz nosi w sobie ten specyficzny, twardy akcent, który na co dzień słyszy się w polonijnych delikatesach na przedmieściach.
Trzeba mu jednak przyznać, że zaserwował nam Chopina w pigułce, gładko łącząc wirtuozerię z historyczną, niemal wikipedystyczną gawędą. Dostaliśmy pełen pakiet: od dramatycznych kłopotów paszportowych w Wiedniu, przez echa rzezi zgotowanej Polakom przez Rosjan (a głowę dam, że kilku siedziało obok mnie) po upadku powstania, aż po makabryczną anegdotę o tym, jak to niemiecki oficer rzekomo uratował serce kompozytora w zrujnowanej Warszawie. A na sam koniec Felder zabrał nas na cmentarz Père Lachaise, nie omieszkując z uśmiechem przypomnieć, że nasz narodowy wieszcz dzieli dziś tę paryską ziemię w doborowym – choć fizycznie oddalonym, towarzystwie Jima Morrisona z kwatery szóstej i Michela Petruccianiego z jedenastej.
A przecież, gdyby przyjrzeć się temu zjawisku pod odpowiednim kątem, całe to przedstawienie jest jednym wielkim, fascynującym zgrzytem tożsamościowym. Mamy na scenie Hersheya Feldera – urodzonego w Montrealu syna żydowskich imigrantów z Europy Wschodniej. Człowieka, który z odgrywania na fortepianie wielkich kompozytorów uczynił świetnie naoliwioną, niemal broadwayowską franczyzę. I oto ten kanadyjski aktor o polsko-węgierskich korzeniach „zakłada perukę”, by z pełnym przekonaniem wcielić się w najświętszą ikonę polskiego, katolickiego romantyzmu. To moment, w którym narodowy pomnik zaczyna pękać, a z jego wnętrza wylewa się czysty, nieokiełznany kosmopolityzm, omijający szerokim łukiem wszelkie paszportowe i etniczne sztywne ramy.
I tu dochodzimy do największego, cichego triumfu Grażyny Auguścik. Ten wielokulturowy miszmasz – zjawisko, które w prawicowych kuluarach funkcjonuje zazwyczaj jako ostateczna obelga i zamach na tradycję – został wniesiony na salę głównym wejściem i nagrodzony owacją na stojąco. Ta sama publiczność, która z zasady najchętniej zamknęłaby „naszego Fryderyka” w dusznej gablocie narodowej dumy, gładko przełknęła tę globalną mieszankę kanadyjskiego warsztatu, amerykańskiego luzu i żydowskich korzeni. Auguścik po raz kolejny udowodniła, że potrafi z wdziękiem przemycić konia trojańskiego do twierdzy konserwatywnego gustu, a na koniec sprawić, by wszyscy zgodnie klaskali w ten sam, narzucony przez nią rytm.





