Bright white fireworks burst with red and blue trails in night sky.

250 lat i ani jednego przeproszenia

Dziś rano, siedząc z kawą przed ekranem, natknąłem się na wiadomość, którą ktoś mądrzejszy mógłby uznać za satyrę — gdyby nie fakt, że pochodzi wprost ze strony Kremla. Władimir Putin wysłał Donaldowi Trumpowi list gratulacyjny z okazji 250. rocznicy niepodległości Stanów Zjednoczonych. Opublikowany oficjalnie, odnotowany przez CNN jako wyjątkowo nieoficjalny w tonie — ciepły, kordialny, niemal czuły.

Putin przypomniał w nim, że podpisanie Deklaracji Niepodległości to „przełomowe wydarzenie w historii świata”, że oba kraje walczyły razem w dwóch wojnach światowych i że Rosja — uwaga — „bezwarunkowo popierała” kolonistów w ich walce o wolność od brytyjskiego panowania. Przeczytałem to dwa razy. Potem wyjrzałem przez okno — żeby upewnić się, że wciąż jestem w tym samym świecie co wczoraj. I wtedy wróciło do mnie coś, co napisałem ponad rok temu — tekst, który ciągle mi się kręci w głowie, o rosyjskiej flocie w Nowym Jorku i zdjęciu dziecka — i pomyślałem, że nie muszę go powtarzać, bo powtórzył go właśnie sam Putin, w liście gratulacyjnym, z pełną powagą, na oficjalnym papierze Kremla. To nie jest więc tamten tekst jeszcze raz. To jego echo — usłyszane rok później, w zupełnie nowym, groteskowym kontekście.

To musiał być interesujący poranek w Kijowie.

Colorful fireworks bursts light up the dark night sky.
A dazzling display of red, white, and yellow-green fireworks illuminates the dark night. What a spectacular show!

Żeby w pełni docenić tę kremlinową kurtuazję — i to poczucie obezwładniającej groteski, które mi towarzyszyło — trzeba cofnąć się o 163 lata. Jesienią 1863 roku, gdy Stany Zjednoczone toczyły wojnę domową i Unia nie była jeszcze pewna, czy przetrwa kolejny rok, do portów w Nowym Jorku i San Francisco wpłynęła rosyjska flota cesarska. Oficjalnie — z wizytą przyjaźni. W praktyce — z zimną, perfekcyjnie skalkulowaną demonstracją siły, bo Petersburg obawiał się, że Francja i Anglia, wzruszone losem polskich powstańców, mogą zacząć wywierać realne naciski dyplomatyczne na carską Rosję, a nuż nawet coś zrobić. Okręty wysłane do amerykańskich portów miały jeden cel: dać do zrozumienia, że jeśli zachodnie mocarstwa ruszą na Rosję, to Rosja uderzy w ich kolonialne interesy — i to tam, po drugiej stronie Atlantyku. Anglia i Francja nie drgnęły. Unia przeżyła.

Tak oto ta sama Rosja, która w 1863 roku wieszała polskich powstańców za walkę o wolność, w tym samym czasie ocalała amerykańską demokrację. Nie z miłości do wolności — absolutnie. Z interesu. Z zimnej, bezlitosnej geometrii imperialnych rachunków, która nigdy się nie zmienia, zmienia się tylko kostium, w jakim wychodzi na scenę. Właśnie dlatego ta historia zniknęła z podręczników — bo ją od lat piszą ci, którym wygodniej wierzyć, że Unia wygrała wojnę domową wyłącznie dzięki własnej sile i moralności, a nie dlatego, że carski admirał stanął w odpowiednim porcie o odpowiedniej porze.

Piszę o tym od dawna i za każdym razem czuję tę samą, lekko absurdalną satysfakcję — że historia, która powinna być w pierwszym akapicie każdego podręcznika o stosunkach amerykańsko-rosyjskich, wciąż zaskakuje ludzi jak ciekawostka z Wikipedii przeczytana przypadkiem o drugiej w nocy. Kiedy więc Putin dopisuje dziś do swojego gratulacyjnego listu wzmiankę o tej „bezwarunkowej pomocy”, robi coś, co jest równocześnie absolutnie prawdziwe i absolutnie cyniczne — bo przypomina połowę historii, tę korzystną, i starannie pomija, że na drugim końcu tej samej transakcji były polskie szubienice. Że ci, którzy dali Ameryce sojusznika, dali Polakom śmierć. Że „bezwarunkowe poparcie” dla kolonistów walczących o wolność i „bezwarunkowe tłumienie” powstańców walczących o tę samą wolność wydarzyły się jednocześnie, w wykonaniu tego samego imperium, z tych samych powodów — bo liczyły się nie wartości, lecz interesy.

W fotografii Diane Arbus jest jedno zdjęcie, które od lat nie daje mi spokoju — chłopiec z plastikowym granatem w Central Parku, który patrzy w obiektyw z miną kogoś, kto za chwilę może rzucić prawdziwą bombę. Nigdy nie wiesz, czy to zabawka. Nigdy nie wiesz, czy wybuchnie. Patrzę na tę fotografię i widzę w niej Rosję — raz flotę w Nowym Jorku, raz czołgi w Kijowie, zawsze z tym samym zimnym spojrzeniem, zawsze z granatem w garści, zawsze z przeświadczeniem, że imperia mają prawo do własnej wersji historii. A my, siedzący na widowni wielkich wydarzeń, nigdy do końca nie wiemy, czy oglądamy spektakl, czy już prawdziwą wojnę.

Young boy holding a grenade, his expression serious and contemplative
A poignant image of a young boy holding a grenade, symbolizing innocence amidst conflict.

Mieszkam w Stanach od wielu lat i zdążyłem przyzwyczaić się do tego, że Ameryka hucznie świętuje swoje mity — z fajerwerkami, z paradami, z patriotycznymi przemówieniami, których patos bywa równie imponujący co ich oderwanie od skomplikowanej rzeczywistości. 250 lat to piękny wiek i szczerze gratuluję, zwłaszcza że Polska jako państwo obchodzi w tym roku 1060 lat — Mieszko I przyjął tzw. chrzest w 966 roku, gdy przodkowie dzisiejszych Founding Fathers biegali jeszcze po angielskich lasach bez wyraźnego planu politycznego. Mamy więc pewien kontekst historyczny, z którego korzystamy z umiarkowaną skromnością. Naród, który przeżył Mongołów, Szwedów, trzy rozbiory, Hitlera i Stalina, a potem jeszcze transformację ustrojową lat dziewięćdziesiątych — która, mówię to z pełną powagą, była najtrudniejsza — ma pewien szczególny stosunek do urodzinowych toastów. Wznosimy je, ale z oczami otwartymi.

Dlatego właśnie, czytając dziś list Putina do Trumpa, nie poczułem złości. Poczułem coś w rodzaju melancholijnego potwierdzenia. Historia, o której piszę od lat — ta o rosyjskiej flocie, o carskich okrętach w nowojorskim porcie, o tym że wolność jako wartość zawsze przegrywa z wolnością jako instrumentem nacisku — właśnie wróciła w doskonale upakowanej formie dyplomatycznej pocztówki, wysłanej przez człowieka, który w tym samym czasie, gdy pisze o „bezwarunkowym popieraniu” kolonistów, prowadzi wojnę z napadem na suwerenne państwo tuż za polską granicą. Ukraińcy walczą dziś o coś, co Ameryka świętuje z fajerwerkami — o prawo do istnienia jako niezależny naród — i robią to bez dwóch oceanów ochronnych po bokach, bez 250 lat mitu do podtrzymania, bez nikogo, kto wyśle im flotę do portu w odpowiednim momencie.

Granat jest w tej samej ręce. Tylko że nikt już nie udaje, że to zabawka.

Wesołego Czwartego Lipca, Ameryko — obyście przez kolejne 250 lat pamiętali, że historia, którą wam właśnie przypomniano z Kremla, ma też drugą stronę. Tę, której nie ma w liście gratulacyjnym.


Dariusz — Polak w Ameryce, obywatel kraju, który zna historię, i właśnie dlatego o niej uważnie napisał.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.