obiad

Polonijny obiad

Letnia kanikuła, czas wakacyjny – ile bym dał, by powrócić na moment do tamtych dni. Teraz, z perspektywy lat, cieszę się każdą chwilą, a weekendami najbardziej. Spotkania, wspólne obiady, rozmowy. Dzisiejszy wpis jest właśnie o jednym z takich spotkań. Wokół Chicago rozsianych jest wiele małych miejscowości, sypialni zdominowanych przez Polonię. Do jednej z nich zawitałem w miniony weekend, by spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi.

Siedziałem z nimi przy obiedzie, chociaż z każdą minutą miałem coraz większą ochotę po prostu obrócić się na pięcie i ewakuować. To miała być niezobowiązująca rozmowa po latach, tymczasem szybko zamieniła się w klasyczną, salonowo-sklepowa wiwisekcję świata, gdzie skomplikowaną rzeczywistość społeczno-ekonomiczną tnie się tępym tasakiem na proste, plemienne kawałki. Moi rozmówcy w parę minut zdołali załatwić geopolitykę, rasę, religię i budżet stanu Illinois. Słuchając tej potwornej litanii, czułem przede wszystkim narastające znużenie. Przepis na ich diagnozę był banalny: wymieszać własne poczucie dziejowej krzywdy z głębokim przekonaniem, że wszyscy wokół – od Ukraińców po czarnoskórych mieszkańców Chicago – żyją na ich koszt.

Świat przy biesiadnym stole jawił się jako prosta, czarno-biała fotografia. Tymczasem rzeczywistość nie jest zerojedynkowa; jest potwornie skomplikowana. Bez kontekstu i rzetelnej wiedzy nie da się uczciwie oceniać procesów społecznych. Stawianie znaku równości między potwornościami sprzed ponad osiemdziesięciu lat (dam głowę, że połowa siedzących przy stole nie wiedziała, kiedy dokładnie to się wydarzyło) a współczesnymi hasłami wyborczymi – obliczonymi wyłącznie na twarde formatowanie przyszłego elektoratu – to intelektualne lenistwo najczystszej próby.

Men in elaborate uniforms hold American and Polish flags at parade.
Dressed in impressive ceremonial uniforms, flag bearers proudly march, displaying American and Polish heritage. This vibrant parade celebrates community and culture.

Gdy przy stole wybiło szambo historycznych rozliczeń, przypomniałem sobie niedawne słowa profesora Normana Davies’a podczas wywiadu z Magdaleną Rigamonti o kulcie UPA i Wołyniu. Davies ujął to bez politycznego kunktatorstwa mówiąc: to, co wydarzyło się na Wołyniu, było zbrodnią w spektrum ludobójstwa. Kropka. Ale brytyjsko-polski fenomenalny historyk dodał jeszcze coś, co dla moich rozmówców jest barierą nie do przejścia – „o tym trzeba umieć rozmawiać, a rzetelne przepracowanie tej traumy będzie Polskę w przyszłości wiele kosztować. Wymaga to bowiem wyjścia z roli bezgrzesznej ofiary i wejścia w dojrzały dialog dyplomatyczny.” Dla biesiadników ta głęboka mądrość była jednak zbyt trudna. Woleli prostą nienawiść przeniesioną jeden do jednego na dzisiejszych uciekinierów.

W pewnym momencie dyskusja weszła na wyższy poziom „ekspercki”: „Przecież cztery piąte Ukrainy nie jest objęte walkami, tam jest business as usual, kawiarnie otwarte, a u nas udają biednych. I zobacz, jakimi wypasionymi samochodami przyjeżdżają! Same nowe BMW i Mercedesy”.

To fascynujące, jak łatwo siedzi się tysiące mil od linii frontu, popija drinka na bezpiecznym przedmieściu i rzuca mądrości z serii „ja to bym…”. Z tej perspektywy wojna to widowisko telewizyjne – jeśli na daną ulicę nie spada akurat bomba, to znaczy, że panuje tam sielanka. W tej kalkulacji umyka codzienna mechanika konfliktu: paraliż państwa, niszczona infrastruktura i permanentne życie w lęku, gdzie syreny alarmowe wyją w nocy, a ty musisz decydować, czy schodzić z dziećmi do piwnicy. „Business as usual” w kraju ogarniętym wojną oznacza, że otwierasz kawiarnię z desperackiej konieczności utrzymania gospodarki na powierzchni, modląc się, by kolejny atak nie obrócił twojego życia w gruz.

A te „wypasione samochody”? Tutaj ujawnia się kompletna amnezja historyczna. Czy zapomnieliśmy, jak wyglądała Polska w latach 90.? To dokładnie ten sam, pierwszy poziom dzikiego kapitalizmu, przez który sami przechodziliśmy. W krajach Europy Wschodniej status społeczny manifestowało się ruchomym majątkiem. Samochód to tarcza, dowód sukcesu w systemie, który nie oferował stabilności. Zresztą, czy to cecha tylko ukraińska? Wystarczy przejechać się po polskich czy latynoskich osiedlach wokół Chicago, by zobaczyć drogie SUV-y zaparkowane pod skromnymi, wynajmowanymi domami. Ludzie na całym świecie kupują rzeczy ponad stan, by kupić sobie szacunek.

Podświadomie oczekujemy, że uchodźca ma być bosy, głodny i wdzięczny za każdy rzucony ochłap. Kiedy okazuje się, że uciekający przed wojną człowiek reprezentuje klasę średnią, miał w Kijowie biznes i markowe auto, w polonijnej duszy pęka dumne poczucie wyższości. Pojawia się dysonans poznawczy: jak to, on ma lepsze auto ode mnie, choć ja tu tyram od dwudziestu lat? To zwykła zawiść podszyta rasizmem ekonomicznym.

Outdoor market stall selling Polish-themed clothing and accessories.
Immerse yourself in Polish culture at this vibrant outdoor market! Browse a variety of unique clothing and accessories celebrating Polish heritage.

Słuchając tego wszystkiego, przypomniałem sobie koncepcję semantyczną profesora Alfreda Korzybskiego. Jego słynne zdanie, że „mapa nie jest terenem”, idealnie pasuje do tej sytuacji. Nasze poznanie świata jest fundamentalnie uwarunkowane językiem, jakiego używamy do jego opisu. Język moich rozmówców – pełen uproszczeń, stygmatyzujących etykiet i plemiennych haseł – stworzył w ich głowach zniekształconą, fałszywą mapę rzeczywistości. Kiedy posługujesz się językiem nienawiści i wykluczenia, twój umysł nie jest w stanie zobaczyć realnego człowieka i jego dramatu. Widzi tylko z góry założoną kliszę.

Na tę językową ślepotę nałożyło się zaraz niezachwiane zdanie o tutejszym podwórku: „Kłopoty wynikają z systemu socjalnego. Leniwi mają od rządu najwięcej, a nam, uczciwym, jest ciężko”.

Zderzenie z biurokratyczną machiną, jaka stoi za ubieganiem się o jakikolwiek zasiłek w Illinois Department of Human Services, natychmiast obnaża fikcyjność tej teorii. Przedzieranie się przez labirynt formularzy, udowadnianie każdego dolara dochodu i permanentna weryfikacja to proces upokarzający. Ten system nie został zaprojektowany po to, by rozdawać prezenty, ale by zniechęcać. Fakt, jak wiele osób podejmuje tę urzędową batalię, to ponury symbol czasów, w jakich żyjemy. To dowód na pełznącą wokół nas biedę. Największym dramatem jest jednak to, że podczas gdy na dole społeczeństwa toczy się bratobójcza walka o ochłapy, na samym szczycie mniejszość tworząca mityczny „jeden procent” bogaci się w zastraszającym tempie, żerując na naszych własnych, niemądrych poglądach. Dopóki na przedmieściach kłócimy się o bony żywnościowe sąsiada, nikt nie patrzy na ręce tym, którzy naprawdę transferują kapitał na rajskie wyspy.

Ta tutejsza obsesja na punkcie „rozdawnictwa” idealnie rymuje się z globalnymi mechanizmami, które świetnie opisano w książce „Co to będzie? Krótki przewodnik po końcach świata”. Autorzy bezlitośnie rozjeżdżają tam mit, jakoby proste transfery socjalne były w stanie sterować demografią. Klasycznym przykładem jest lęk przed wymieraniem i desperackie próby zmuszenia ludzi do rozmnażania. Zarówno polskie 500+ (obecnie 800+), jak i agresywne programy prorodzinne na Węgrzech Orbána miały za pomocą gotówki odwrócić demograficzny trend. Efekt? Żaden. Ludzie nie chcą mieć dzieci z powodów o wiele głębszych niż brak paruset dolarów w portfelu – decydują o tym lęk o przyszłość, brak stabilności mieszkaniowej czy koszty edukacji. Żadne państwowe zasiłki nie uratowały współczynnika dzietności (TFR – Total Fertility Rate). W Polsce ten kluczowy wskaźnik, zamiast rosnąć w stronę gwarantującej zastępowalność pokoleń wartości 2,1, wynosi dramatyczne 1,16 po prostu szoruje po dnie. Socjal jako uniwersalna dźwignia inżynierii społecznej po prostu nie działa. Ani w Warszawie, ani w Chicago.

Female singer performing live to an engaged crowd.
A powerful female vocalist electrifies the stage, her energy resonating with the cheering crowd. The dynamic performance captures the heart of live music.

W tę samą pułapkę wpada tutejszy, polonijny mit jedynych sprawiedliwych. To głęboko zakorzenione przerysowanie: myślenie o sobie jako o jedynej grupie, która wie, czym jest autentyczna, ciężka praca. Przekonanie, że sam fakt bycia emigrantem z Polski automatycznie nadaje monopol na uczciwość i pracowitość, to czysta megalomania. Każda fala emigracji przechodzi przez ten sam czyściec ciężkiej, fizycznej harówki. Polonijne przekonanie o własnej wyjątkowości to po prostu tarcza mająca zamaskować fakt, że w tej bezwzględnej strukturze ekonomicznej jesteśmy tylko kolejnymi trybikami.

Wróciłem do domu, rzuciłem klucze i odpaliłem komputer. Zamiast szamba mediów społecznościowych przejrzałem serwisy informacyjne. I tam, pośród doniesień o kolejnych kampanijnych pyskówkach, wpadł mi w oko jeden z tych słynnych, memicznych obrazków: Donald Trump, przedstawiony z całą tą swoją monumentalną pompą, jako tytan, który na swoich potężnych, a zarazem zmęczonych barkach niesie całą kulę ziemską. Jedyny zbawca zachodniej cywilizacji.

I nagle uderzyło mnie, że to przecież dokładnie ta sama matryca.

Ten sam archetyp, który parę godzin wcześniej serwowano mi przy stole, tylko przeniesiony na globalną scenę polityczną. Czyż to nie jest ta sama, potwornie destrukcyjna klisza? Wielkie, mesjańskie poświęcenie, mit współczesnego Winkelrieda, który cierpi i krwawi za błędy całego świata, podczas gdy leniwe mniejszości, czarnoskórzy i uchodźcy rzekomo żyją na jego koszt. Ta sama narracja o samotnym sprawiedliwym, który jako jedyny ma odwagę dźwigać ciężar rzeczywistości. Trump idealnie wyczuł ten ton, dając milionom ludzi dokładnie to, czego pragnęli: prostą opowieść o tym, że ktoś wreszcie cierpi za nich i dla nich.

Donald Trump as Atlas, holding Earth, draped in American flag.
Donald Trump is depicted as Atlas, shouldering the weight of the world, with the American flag wrapped around him. This powerful image symbolizes a sense of immense responsibility and nationalistic burden.

Wylogowałem się z systemu, wyłączyłem komputer. Zostałem sam na sam z tym podmiejskim wieczorem i poczułem potworny, obezwładniający smutek. Smutek, że mając u stóp cały aparat globalnej wiedzy, wciąż tak chętnie dajemy się łapać na te same, dziewiętnastowieczne koleiny umysłowe. Że wokół mnie – i to wśród ludzi, którzy sami kiedyś szukali w Ameryce ratunku – wciąż tak doskonale mają się rasiści, nacjonaliści i zwykli, zacietrzewieni głupcy, gotowi dla własnego komfortu psychicznego podpalić każdy przejaw empatii.

Prawda jest brutalna: nikt nie niesie świata na barkach, nikt nie jest jedynym sprawiedliwym, a uchodźca w BMW nie jest gorszy od imigranta na dachu. Jesteśmy po prostu bandą przerażonych ludzi, którzy dali się ubrać w prymitywne, plemienne stroje przez tych, którzy na naszej nienawiści i podatności na mity zarabiają miliardy.

Arch of Constantine in Rome with Colosseum visible behind.
Witness the grandeur of ancient Rome! The Arch of Constantine stands proudly, a majestic monument to imperial history, with the iconic Colosseum visible nearby.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.