Jubileuszowy finish: Chopin World Sound

Kończy się pewna epoka, a to, co z mozołem osiada na szybach, nie zawsze jest tylko marcowym deszczem ze śniegiem. To raczej gęstniejąca atmosfera domknięcia. Jubileuszowy, dziesiąty już festiwal Chopin in the City dobiegł końca, a Grażyna Auguścik – zgodnie z najlepszą tradycją swoich chicagowskich przedsięwzięć – znów uciekła od przewidywalności.

1 marca w Sali Koncertowej Akademii Muzyki PaSO Auguścik dokonała rzeczy niemal niemożliwej: spięła klamrą dekadę arcytrudnej misji cywilizowania polonijnego rynku muzycznego projektem Chopin World Sound. To nazwa-klucz, która w pełni wybrzmiała dopiero wtedy, gdy pierwsze improwizacje przecięły powietrze.

Wieczór otworzył Michał Drewnowski, pianista, którego amerykańska i europejska krytyka słusznie sytuuje w gronie najciekawszych interpretatorów polskiej klasyki. Jego wykonanie Poloneza As-dur op. 53, owego Chopinowskiego „Heroicznego” majstersztyku, nie było kurtuazyjnym ukłonem w stronę patrona. To była demonstracja siły i precyzji, która na początku półtora godzinnego koncertu zawiesiła prawa grawitacji w sali, gdzie – co warto odnotować z satysfakcją – trzeba było organizować dostawki krzeseł, by pomieścić wszystkich spragnionych wysokiej próby dźwięku.

Jednak prawdziwe „cuda” zaczęły się dziać, gdy klasyczna fraza Drewnowskiego zderzyła się z ideą Chopin World Sound – próbą odczytania polskiego kompozytora przez pryzmat globalnej wrażliwości. Osiem osobowości stworzyło monolit, który amerykańskie media (od The Washington Post po DownBeat) kwitują zwykle krótkim „astounding”. Jarosław Bester wniósł swój akordeonowy, klezmersko-awangardowy sznyt, udowadniając, że Chopin w estetyce Tzadiku Johna Zorna brzmi bardziej współcześnie niż kiedykolwiek. Obok niego Fareed Haque, „międzykulturowy geniusz gitary”, budował mosty między jazzem a klasyką, wchodząc w ową mityczną muzyczną „strefę” (The Zone).

Wschodnioeuropejski mistycyzm zapewniła Ana Everling, którą amerykańscy recenzenci nazywają „mołdawską Kate Bush” – jej głos nadał Chopinowskim tematom, folkowym pieśniom pierwotnej, ludowej dzikości. Fundament pod ten cudowny chaos kładł Ethan Philion, basista o nienagannym warsztacie, oraz Lenard Simpson, saksofonista, którego saksofon brzmiał niczym duchowy pomost między Żelazową Wolą a Chicago. Całości dopełniał Goran Ivanovic, wnosząc bałkański puls, który ostatecznie zdefiniował pojęcie „World Sound”.

W samym centrum tego artystycznego cyklonu stanęła ona – Grażyna Auguścik. I nie była to rola kuratorki trzymającej lejce jubileuszu, ale rola wokalistki, która z premedytacją porzuciła bezpieczne, folkowe przystanie na rzecz gęstej, jazzowej materii. Jej głos, operujący w rejestrach niedostępnych dla przeciętnego wykonawcy, stał się instrumentem w pełnym tego słowa znaczeniu. Kulminacją był duet z Aną Everling – spotkanie dwóch pokoleń i dwóch różnych, a jednak komplementarnych energii. Nie była to wymiana fraz; to była wokalna synteza, w której Auguścik, z chirurgiczną precyzją i właściwą sobie elegancją, dekonstruowała chopinowską melancholię, nadając jej nowy, transgresywny wymiar.

Trudno mi oprzeć się gorzkiej refleksji, patrząc na ten muzyczny Olimp i salę pękającą w szwach mimo dodatkowych krzeseł. Żal mi nieco tej części Polonii, która z uporem maniaka przekłada walkę o rację swoich politycznych przekonań przed ekranami telewizorów nad obcowanie ze sztuką tak wymagającą. Projekt Chopin World Sound, udane dziesięcioletnie „dziecko” festiwalu Chopin IN The City, podany w tak gęstej, niemal metafizycznej formie, wymaga przecież nie tylko ucha, ale i intelektualnej kondycji. A umówmy się – nie każdy jest w stanie to znieść. Ci jednak, którzy zasiedli w PaSO, wiedzieli jedno: Chopin, wyjęty z salonowego gorsetu, stał się tej nocy wspólnym językiem świata. Dziękuję Ci Grażyno.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.