Wszyscy znamy ten rytm, to miarowe stukanie kół chicagowskiej kolejki, które zlewa się z wyliczaniem kolejnych czeków dla ComEd i nerwowym sprawdzaniem, czy property tax w Cook County znów nie postanowił pożreć naszych marzeń o spokojnej emeryturze.
Życie tutaj poza domem, a jednak w domu, przypomina bieg na bieżni ustawionej przez kogoś złośliwego na maksymalną prędkość, gdzie jedynym paliwem jest szybka zupa zjedzona w biegu i myśl o kolejnym pay-checku. Gonimy za tym, co namacalne, bo dolar jest konkretny, dach nad głową daje złudne poczucie bezpieczeństwa, a podatki są realne aż do bólu, niemal fizycznie odczuwalne w krzyżu po całym dniu pracy.

W tym zgiełku łatwo przeoczyć pułapkę, o której rzadko wspominamy przy niedzielnym stole, kiedy wazę z rosołem przesłania nam widok niezapłaconych rachunków. Ta pułapka to utrata tego, co faktycznie wyciągnęło nas z jaskiń i pozwoliło postawić te stalowo-szklane budynki w Downtown: myślenia abstrakcyjnego.
To ta dziwna, niemal magiczna zdolność widzenia rzeczy, których jeszcze nie ma, i konstruowania światów, które nie kończą się na brzegu talerza. Zwierzę widzi tylko to, co może zjeść albo co może zjeść jego, my natomiast potrafimy widzieć idee, budować systemy i projektować przyszłość. Ale ta supermoc nie jest nam dana raz na zawsze – ona wymaga ciężkiego treningu.
Jak się tę zdolność buduje? Jak sprawić, by nasz mózg nie stał się tylko kalkulatorem do przeliczania nadgodzin? Odpowiedź jest prosta i… tania. To czytanie.
To nie jest tylko „rozrywka dla tych, co mają za dużo czasu”. To najbardziej zaawansowany trening neuroplastyczny, jaki zna nauka! Kiedy czytasz, Twój mózg wykonuje tytaniczną pracę: bierze martwe, czarne znaczki na papierze i w ułamku sekundy zamienia je w trójwymiarowe obrazy, zapachy, emocje i skomplikowane koncepty logiczne.
Lecz to nie tylko literatura nas ratuje; muzyka również działa na nasz mózg niemal identycznie, jeśli tylko pozwolimy sobie na luksus uważności. Dobrze skonstruowana kompozycja potrafi nas przenieść w czasie, otworzyć drzwi do wspomnień lub koncepcji, których nie da się opisać prozą życia. To kolejny „patch” do naszego wewnętrznego oprogramowania.
W świecie zdominowanym przez prymitywne, kilkusekundowe migawki na ekranach telefonów, tupanie do dźwięków „Malinowej dziewczyny”, umiejętność zatrzymania się nad dłuższą myślą staje się nowym wyznacznikiem elitarności. Jeśli poświęcasz czas na ten tekst, zamiast bezmyślnie przewijać kolejne sensacje, już jesteś o krok przed resztą „zagonionych”. Trenujesz myślenie strategiczne tam, gdzie inni widzą tylko doraźny problem do rozwiązania.
Czytelnicy nie są skazani na wegetację od rachunku do rachunku; posiadają aparat pojęciowy, który pozwala im zrozumieć mechanizmy rządzące światem, od finansów po skomplikowane relacje międzyludzkie. To jedyny moment w ciągu doby, kiedy naprawdę inwestujesz w najcenniejszą nieruchomość, jaką posiadasz – w te kilka centymetrów sześciennych między uszami.

Ale to już zupełnie inna historia, prawda? Bo skoro dobrnąłeś, Czytelniku, aż do tego momentu, to nie tylko powinieneś być dumny z siebie, że przeczytałeś to wszystko, ale także być zadowolony, bo wyróżniasz się na tle tych wszystkich, którym wystarczy talerz zupy, czek i kilka programów w TV. (Wracam tak do tego talerza i wracam, bo dobrze pamiętam słowa, które wypowiedziałem ponad dwadzieścia lat temu do kamery tuż przed otwarciem własnej wystawy).
Podczas gdy inni bezwiednie pokładają wiarę w moc polityków, pieniędzy czy propagandy sączącej się z ekranów, Ty budujesz fundament, którego nie da się zburzyć jednym dekretem czy inflacją. I uwierz mi – w świecie, który desperacko próbuje nas wszystkich ujednolicić, ta Twoja zdolność do zatrzymania się nad tym tekstem jest najskuteczniejszą formą buntu.
To nie Gorillaz wracają z „The Mountain”. Ten utwór, to dzieło, to dziecko Damona Albarna i Grahama Coxona. I uwierz mi, to nie jest kolejny popowy track, który zapomnisz po 15 sekundach. To duchowy manifest. Albarn i Coxon nie bawią się w indyjskie feerie barw; oni przekuwają żałobę i niepokój w surowy, brytyjski, post-punkowy trans, który otwiera w głowie drzwi, o których istnieniu wolałeś zapomnieć przy ComEd.
Obiecuję, że wrócę w najbliższym poście do tego wyjątkowego, genialnego albumu i rozbiorę go na czynniki pierwsze. Bo skoro dobrnąłeś, Czytelniku, aż do tego momentu, to wyróżniasz się na tle tych, którym wystarczy gotowy przepis na życie i propaganda z TV. Ty szukasz przewagi, a ten teledysk to Twoja siłownia.
A teraz krótka zapowiedź w języku joruba, bo – jak już wiemy – muzyka to uniwersalny język, który przekracza granice Cook County 🙂
Oya, ẹ dide, ẹrori
Oya, ẹ dide, ẹrori
Oya, ẹ dide, ẹrori




