Żyjemy w epoce, w której „bunt” stał się kolejnym towarem marketingowym, a politycznie rozjuszone plemiona notorycznie mylą emocjonalny afekt z moralnym imperatywem. Pisząc tekst „Na chwilę i na zawsze”, sprowokowany postawą części rodaków, starałem się uchwycić bolesną dychotomię między tym, co polityczne i zawsze ulotne, a tym, co oparte na zasadach budujących nasz kręgosłup – zasadach, które muszą być trwałe.
Często powtarzam, że historia ruchów nieposłuszeństwa obywatelskiego to nie jest lekka opowieść o „robieniu hałasu” na wiecach, kontestacji wyglądem czy wrzucaniu postów do sieci. To bolesna lekcja o rzeczywistym koszcie, jaki jednostka płaci za wierność własnemu sumieniu.
Prawdziwe nieposłuszeństwo, o którym pisał Henry David Thoreau, nie było bezpiecznym hobby znudzonego filozofa.

7 lipca 1846 roku Henry David Thoreau trafił do aresztu w Concord i nie zrobił tego dla poklasku. Odmówił zapłacenia podatku, bo nie zamierzał finansować wojny i niewolnictwa. Był to czas, w którym prawo federalne – słynny Fugitive Slave Act z 1850 roku – zmieniało każdego zwykłego obywatela w pionka systemowej przemocy. Pod groźbą kary 1000 dolarów (co dziś oznacza niemal 37 tysięcy dolarów) oraz więzienia, zmuszano ludzi do aktywnego łapania uciekinierów. Wówczas odwaga nie budowała się na krzykliwym patriotyzmie w mediach społecznościowych, ale na cichym tworzeniu Underground Railroad i świadomym łamaniu ustawy w imię prawa wyższego. To u Thoreau poznałem pojęcie „jednoosobowej większości” – przekonanie, że moralna racja nie potrzebuje 51% głosów, by stać się obowiązkiem. To świadomy wybór wykluczenia, byle tylko nie stać się trybikiem w mechanizmie zła.
Czytam historię Stanów Zjednoczonych i poznaję państwo, które nie tylko wyrosło z buntu, ale które bez nieposłuszeństwa obywatelskiego prawdopodobnie nigdy nie stałoby się tym, czym jest dzisiaj, a przynajmniej takie, jakie je pamiętam sprzed wielu lat, gdy mieszkałem w Polsce. To nie są teorie spiskowe, to fakty zapisane w aktach sądowych. Bostońska Herbatka z 1773 roku nie była miłym piknikiem; był to akt jawnego sabotażu i wandalizmu przeciwko koronie. Dzisiejsi zwolennicy „prawa i porządku”, często pod szyldem prawa i sprawiedliwości, bez wahania nazwaliby tych ludzi terrorystami. Tysiące ludzi, jak Harriet Tubman, systematycznie łamały prawo, fałszując dokumenty i organizując nielegalne przerzuty ludzi. Nawet sufrażystki w 1917 roku, podczas tragicznej Nocy Terroru, były bite i torturowane w więzieniach za rzekome „tamowanie ruchu”, podczas gdy ich jedynym przestępstwem była walka o podmiotowość, której prawo im odmawiało. Co dziś stało się z kobietami, które miały honor? Które obrażane i obnażone z praw publicznych potrafiły się przeciwstawić dominującej większości tych, którym było po prostu dobrze i wygodnie?
Dziś ta walka przeniosła się na inne pole – pole systemowego odbierania możliwości głosowania. Widzimy utrudnianie rejestracji, zamykanie lokali wyborczych w najbiedniejszych dzielnicach i cyniczne przerysowywanie map wyborczych (gerrymandering), by głos mniejszości przestał się liczyć. To nie jest „dbanie o czystość wyborów”. To instytucjonalna przemoc, która ma na celu uciszenie sumienia narodu. Jeśli Twoim sposobem na wygraną jest uniemożliwienie przeciwnikowi oddania głosu, to nie jesteś demokratą – jesteś inżynierem ucisku.

Właśnie tutaj czuję ten tragiczny zgrzyt – dźwięk przypominający rozdzierane żelazo, który fizycznie boli. Obserwuję współczesną Polonię bezkrytycznie klaszczącą Trumpowi i czuję moralną duszność. Widzę ludzi, którzy z dumą noszą na klapach znaczek „Solidarności”, by chwilę później z neoficką gorliwością domagać się bezwzględności państwowych aparatów przemocy. Ten ból staje się niemal nie do zniesienia, gdy patrzę na reakcje po tragicznej śmierci dwóch amerykańskich obywateli z rąk funkcjonariuszy ICE.
W mediach społecznościowych, pod osłoną złudnej anonimowości, wylało się szambo komentarzy tak okrutnych, że wystawiają one ich autorom świadectwo absolutnego upadku. To nienawiść, która woła o pomstę do nieba – tak jak zawodziła pod murami Teb Antygona, opłakując brata i stając w obronie odwiecznego prawa moralnego przeciwko barbarzyństwu władzy. Widok rodaków, którzy w imię politycznej lojalności depczą elementarne współczucie, to widok ludzi, którzy dobrowolnie wyzuli się z resztek człowieczeństwa. Mylenie brutalnej siły z moralną racją to wasz ostateczny upadek. Popieranie lidera, który na systemowej manipulacji i pogardzie buduje swoje ego, nie ma nic wspólnego z „antysystemowym buntem”. To najpodlejsza forma konformizmu; to paniczna ucieczka od ciężaru wolności prosto w toksyczne objęcia „silnego człowieka”.

Powinniśmy wreszcie zrozumieć różnicę pomiędzy tym, co wolność poszerza, a tym, co ją odbiera. Prawdziwe nieposłuszeństwo zawsze walczy o prawa dla wykluczonych, nawet za cenę własnego cierpienia. To walka o prawa kobiet, o dostrzeżenie bólu tych, którzy nie mieszczą się w ciasnym podziale dwóch płci, zawieszeni między światami binarnych podziałów. Fałszywy bunt, który widzimy dziś, próbuje te prawa odbierać, broniąc własnych przywilejów kosztem innych.
Prawdziwa odwaga nie polega na maszerowaniu w tłumie w czerwonych czapeczkach i przytakiwaniu politykom, którzy nawet nie wiedzą o Waszym istnieniu, gdy rozmywacie się w rykach grupy. Nie jest patriotą ten, kto nawołuje do rozdarcia, a swoją rację buduje jedynie na nienawiści do opozycji. Patriota to ktoś, kto zna fakty i kontekst, kto promuje kraj przez pryzmat jego najszlachetniejszych tradycji wolnościowych, a nie agresywnego zawłaszczania.

Odwaga to czasem samotne powiedzenie „nie”, gdy Twój własny obóz żąda krwi. To jest różnica między tym, co „na chwilę” (polityczną gorączką) a tym, co „na zawsze” (moralną integralnością). Jeśli Twoje nieposłuszeństwo kończy się tam, gdzie zaczyna się Twoja linia dyskomfortu lub interes Twojej partii, nie jesteś buntownikiem. Jesteś po prostu kolejnym posłusznym narzędziem w innej, ale równie opresyjnej maszynie.




