Twain w raju, czyli jak Adam odnalazł pion w PaSO

Wieczór walentynkowy ma to do siebie, że narzuca nam określoną optykę – szukamy wzruszeń i opowieści o harmonii, czasem pojawia się wino i obowiązkowa czekolada. Ot, święto dla zakręconych, podczas którego sprzedawcy zacierają ręce, a „poszkodowani” chorują potem latami – tak mi przynajmniej przyszło do głowy, gdy obserwowałem tegoroczne celebrowanie.

Tymczasem w Sali Koncertowej Akademii Muzyki PaSO, zamiast spodziewanego lukrowanego deseru, otrzymałem danie doprawione zdrową dawką ironii. „Pamiętniki Adama i Ewy” Marka Twaina nie okazały się zwykłą lekcją biblijnej historii; stały się raczej przenikliwym studium komunikacyjnego chaosu, który towarzyszy nam od zarania dziejów.

Spektakl rozpoczął się od figury niemal akrobatycznej, przywodzącej na myśl poranne próby odnalezienia pionu po ciężkiej nocy spędzonej w pobliskim barze. Widok Bogdana Łańki, który na scenie przechodzi proces pierwotnego budzenia się – takim surowym turlaniem, przepotwarzaniem się i w końcu mozolną walką o grawitację – miał w sobie autentyczną surowość teatru fizycznego.

A kilka chwil potem, gdy Adam zaczął wreszcie nadawać imiona otaczającym go rzeczom, w mojej głowie, niczym uporczywe echo, kołatało się na boki „Man Gave Names to All the Animals” Boba Dylana. To przedziwne zestawienie archaicznego mitu z dylanowską frazą, która grała tylko dla mnie, nadało oglądanej scenie ciekawą, oniryczną warstwę. Czułem się, jakby historia świata zaczynała się nie w biblijnym raju, cudnym Edenie, lecz na jakimś zakurzonym folkowym festiwalu. Ale wróćmy do samej sztuki.

Gdy już wygodnie umieściłem się w fotelu, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że pierwsza część spektaklu nieco się przeciąga. I tu pojawia się ważna informacja, która rzuca na to zupełnie inne światło: Twain pisał te „pamiętniki” w odstępie dwunastu lat. „Pamiętnik Adama” to jeszcze czysta, niemal bezlitosna satyra na faceta, który najbardziej na świecie ceni sobie święty spokój. Z kolei „Pamiętnik Ewy” powstał znacznie później, gdy autor był już przygnieciony osobistą stratą po śmierci żony.

Ta dychotomia tekstu sprawia, że Adam w swoim pragmatycznym oporze bywa postacią statyczną. Zresztą, spójrzmy prawdzie w oczy: obserwowanie faceta, który za wszelką cenę próbuje uniknąć interakcji z „nowym stworzeniem z długimi włosami”, bywa zabawne, ale na dłuższą metę męczące – zupełnie jak w życiu, gdy jeden z domowników uparcie odmawia zapytania o drogę, mimo że ewidentnie się zgubił.

Prawdziwa zmiana pojawia się wraz z wejściem Moniki Kulas. Wieloletnie zgranie obojga aktorów zadziałało jak dobrze naoliwiony mechanizm. Ich sceniczna synergia pozwoliła na wyjście poza sztywne ramy „Teatru przy Stoliku”. Choć tekst był czytany, to ruch sceniczny nadał całości dynamiki, której próżno szukać w statycznych odczytach. Coś podobnego próbowali już kiedyś stworzyć, lecz teraz ta większa przestrzeń dodała im skrzydeł. Zresztą, moim zdaniem, uważam, że to dobrze dla samej sztuki.

Ich „docieranie się” w rajskim ogrodzie przypominało mi – i chcę wierzyć, że również zgromadzonej publiczności – że miłość to nie tylko kwiaty (które Ewa pielęgnowała ku wielkiej irytacji Adama), ale przede wszystkim trudna, codzienna sztuka akceptacji inności. Muzyka Andrzeja Dylewskiego sprawnie łatała te miejsca, w których Twainowski sceptycyzm bywał zbyt kanciasty, dodając całości niezbędnego nastroju.

Raj w ujęciu Twaina nie był idealny, bo w gruncie rzeczy był pusty i po prostu nudny. Stał się nim dopiero wtedy, gdy pojawił się drugi człowiek – z całym swoim bagażem irytujących nawyków i odmiennym spojrzeniem na świat. Warto było więc przedrzeć się przez specyficzną „nudę” pierwszej części tego walentynkowego spektaklu, by dotrwać do finału. Zakończenie najlepiej podsumowuje zdanie, które u Twaina zawsze wywołuje dreszcz: „Gdziekolwiek była ona, tam był Raj”.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.