Gdy we wtorkowy wieczór 30 czerwca przekraczałem próg głównej sali Muzeum Polskiego w Ameryce przy Milwaukee Avenue, pierwsze uderzenie miało charakter czysto zmysłowy. Na zewnątrz chicagowskie lato bezwzględnie testowało granice ludzkiej wytrzymałości, podnosząc słupek rtęci do 100°F. Wewnątrz jednak, zamiast dusznej atmosfery, na przybyłych czekało gwałtowne obniżenie temperatury i chłód doskonale schłodzonej sangrii. Ten rześki, owocowy aromat wina niemal natychmiast zmieszał się ze specyficzną, gęstą wonią farby akrylowej i świeżych płócien.
Dla kogoś, kto na co dzień funkcjonuje w sterylnym, pozbawionym zapachu i faktury świecie szklanych ekranów dotykowych, to proste zderzenie bodźców stanowiło wyraźny sygnał: właśnie opuściłem bezpieczną, cyfrową symulację i wszedłem w przestrzeń, która wymaga pełnej, fizycznej obecności.

Dołączone do tego tekstu fotografie, choć poprawnie dokumentują geometrię sali, nie są w stanie oddać całego spektrum specyficznej energii, jaka wyzwoliła się tego wieczoru. Widoczne na zdjęciach okrągłe stoły pokryte białymi obrusami, wokół których zasiadło kilkudziesięciu śmiałków, stanęły w otoczeniu będącym monumentalnym, żywym archiwum polonijnej historii – pośród dostojnych popiersi, ciężkich ram i historycznych płócien. Co istotne, organizatorom udało się całkowicie uniknąć pułapki sztywnej, nudnej muzealnej powagi, która tak często paraliżuje podobne inicjatywy. Sala dumnie tętniła świetnymi humorami, swobodną wymianą zdań i autentycznym ożywieniem. Tło dźwiękowe dla tego twórczego fermentu budował grający na żywo John Kregor – gitarzysta doskonale znany chicagowskiej publiczności ze swojej wieloletniej, wyrafinowanej współpracy z zespołem Grażyny Auguścik. Jego jazzujące, przestrzenne akordy idealnie rezonowały z wysokim stropem sali, nadając całemu spotkaniu rzadko spotykany, miejski sznyt.
Pod czujnym i niezwykle partnerskim okiem Patrycji Stepniak uczestnicy warsztatów podjęli rzuconą im rękawicę: mieli zmierzyć się z odtworzeniem form inspirowanych twórczością Zofii Stryjeńskiej, niekwestionowanej ikony polskiego Art Déco. Wybór tej konkretnej artystki uważam za posunięcie genialne w swojej przekorze. Stryjeńska, ze swoją potężną dynamiczną kreską, geometrycznym rygorem i tętniącym życiem folklorem, nie znosi kompromisów. Jej sztuki nie da się skonsumować wzrokiem w trzy sekundy, tak jak konsumuje się krótkie wideo na platformach społecznościowych. Ona wymaga czasu, skupienia i precyzji. Co więcej, to wtorkowe spotkanie z jej twórczością miało charakter szczególny – była to bowiem już druga odsłona całego cyklu warsztatowego, tym razem pod szyldem Summer. W przygotowaniu są już kolejne edycje, które pozwolą nam na nowo odkrywać jej geniusz: wersja jesienna (Fall) zaplanowana na 18 września oraz zimowa (Winter) – 11 grudnia. Cała ta seria bezpośrednio odnosi się do najsłynniejszego, monumentalnego cyklu dekoracyjnego artystki pod tytułem „Cztery pory roku”. To właśnie tymi sześcioma wielkimi panneaux ściennymi, przedstawiającymi personifikacje kolejnych miesięcy i słowiańskich obrzędów, Stryjeńska absolutnie rzuciła świat na kolana podczas Międzynarodowej Wystawy Sztuk Dekoracyjnych i Nowoczesnego Przemysłu w Paryżu w 1925 roku, zdobywając tam cztery nagrody Grand Prix.

I to właśnie w tym punkcie ujawnił się najbardziej fascynujący wymiar wtorkowego wieczoru. W tej pełnej śmiechu i brzęku szkła sali zapanował jednocześnie głęboki, poznawczy spokój. Zamiast grobowej, wymuszonej ciszy, przestrzeń wypełnił delikatny, miarowy szum ludzkich rozmów. Był to namacalny dowód na to, że uczestnicy zaczęli autentycznie rozmawiać ze sobą nawzajem, zamiast bezwiednie gapić się w ekrany. Smartfony, które zazwyczaj rządzą naszą uwagą, tym razem wylądowały głęboko w torebkach i kieszeniach. Spoczęły tam nieużywane przez cały wieczór.
Czytelnicy mogą dostrzec na kadrach rzadki we współczesnym świecie obrazek: zamiast nerwowego, tikowego wręcz zerkania na wyświetlacze w poszukiwaniu nowych powiadomień, widać stabilne, długofalowe skupienie wzroku na płótnie. Kobieta w jaskrawozielonej koszuli z pędzlem w dłoni, mężczyzna w letniej koszuli w palmy precyzyjnie nanoszący kolejną plamę barwną – wszyscy oni, często po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, udowodnili, że ludzki mózg wciąż posiada zdolność do wejścia w dłuższą, linearną opowieść. Opowieść, która stawia opór materii, wymaga cierpliwości i nie oferuje natychmiastowego przycisku „cofnij”.
O tym, że mieliśmy do czynienia z wydarzeniem z najwyższej półki, decydowały także jego ramy towarzyskie. Wśród malujących gości, obok nowo wybranej prezes Zjednoczenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego (PRCUA) Agnieszki Bastrzyk, pojawiły się przedstawicielki polskiej dyplomacji: Konsul Generalna RP w Chicago Regina Jurkowska oraz wicekonsul Agata Grochowska. Obecność tak ważnych postaci chicagowskiego życia publicznego nie miała jednak w sobie nic z nużącego oficjałkarstwa. Panie konsul, ramię w ramię z pozostałymi uczestnikami, chwyciły za pędzle, wchodząc w tę samą rzemieślniczą i towarzyską rzeczywistość.
To nieformalne spotkanie z konsul Agatą Grochowską miało zresztą dodatkowy, niezwykle poruszający wymiar – dla wielu obecnych stało się okazją do osobistego, nieoficjalnego pożegnania z nią, jako że kończy ona właśnie swoją misję dyplomatyczną w Wietrznym Mieście i wraca do kraju. Co kluczowe, nikt tamtej nocy nie spieszył się, by natychmiast wyciągnąć telefon i wrzucić relację do sieci. Liczył się wyłącznie moment, kojący chłód sangrii, fizyczny dotyk pędzla, sącząca się w tle muzyka oraz bezpośredni dialog, którego nie da się zastąpić żadnym cyfrowym substytutem. Przez te trzy godziny kilkadziesiąt osób dobrowolnie wypisało się z wyścigu po tani, algorytmiczny bodziec.

Często patrząc z boku, przez pryzmat szybkich opinii, łatwo zredukować tego typu inicjatywy do prostego, polonijnego rytuału integracyjnego – ot, kolejne udane spotkanie przy winie. Jednak ci, którzy decydują się na tak powierzchowne oceny, boleśnie się mylą. Tracą z oczu głębszy, antropologiczny wymiar tego, co wydarzyło się przy Milwaukee Avenue, zapominając o genialnej intuicji Alfreda Korzybskiego: świat jest bardziej złożony niż słowa, których używamy do jego opisu; to, co mówimy o rzeczywistości, jest tylko jej modelem, a nie samą rzeczywistością. Żaden facebookowy post, żaden instagramowy hasztag ani najbardziej kwiecista recenzja prasowa nie są w stanie oddać tego, co realnie zaszło w strukturach poznawczych ludzi, którzy na kilka godzin zerwali się z algorytmicznej smyczy.
Współczesna kultura, zdiagnozowana dekady temu przez Neila Postmana jako system dążący do „zabawienia się na śmierć”, wmawia nam, że satysfakcję z egzystencji buduje się z cyfrowych klocków – z lajków, wyświetleń i idealnie skrojonych pod nasze neurozy złudzeń. To błąd. Jakość życia, jeśli ma być trwała i dawać realne poczucie podmiotowości, nie może stać na tak kruchym fundamencie. Inteligencja i odporność psychiczna człowieka karmią się procesem, bezpośrednim kontaktem z drugim człowiekiem oraz zakotwiczeniem w fizycznym świecie.
Muzeum Polskie w Ameryce udowodniło tego wieczoru, że potrafi wyjść z roli wyłącznie statycznego strażnika narodowych pamiątek i stać się żywym, pulsującym azylem. Przestrzenią, w której proste elementy – woda, wino, muzyka na żywo i farba – potrafią przywrócić właściwe proporcje naszemu przebodźcowanemu człowieczeństwu. Każdy, kto we wtorek podjął decyzję, by zostawić swój smartfon w samochodzie na darmowym parkingu, uciekł przed stustopniowym upałem i wszedł do chłodnych wnętrz MPA, zyskał znacznie więcej niż tylko własnoręcznie wykonaną replikę obrazu Stryjeńskiej. Zyskał rzadki, namacalny dowód na to, że pod grubą warstwą współczesnego, technologicznego otępienia wciąż tli się w nas pierwotna potrzeba realnego tworzenia i głębokiej, pozbawionej filtrów wspólnoty.

Aż żal, że tak rzadko mamy okazję spotykać się wspólnie w tej unikalnej, muzealnej przestrzeni, która zamiast przytłaczać ciężarem minionych wieków, potrafi otwierać nas na siebie nawzajem. Sam pomysł na ten wieczór, jak i jego realizacja, okazały się strzałem w dziesiątkę. Pozostaje oczekiwać, że to dopiero skromny początek nowej serii i podobnych, odświeżających intelektualnie inicjatyw zobaczymy w Muzeum Polskim o wiele więcej. Nasz poturbowany przez cyfrowy szum umysł pilnie potrzebuje właśnie takich analogowych punktów oparcia.
A skoro geometryczna, nowoczesna Stryjeńska poszła tak gładko, to może następnym razem organizatorzy pójdą o krok dalej? Sądząc po frekwencji i rozbudzonym apetycie Polonii, bez problemu znaleźliby się chętni na wieczór z… Wojciechem Kossakiem. W końcu nasze chicagowskie Muzeum Polskie kryje w swoich murach prawdziwe skarby i całą plejadę wybitnych osobowości ze świata sztuki, z którymi obcowanie przez zimne szkło smartfona jest niemal grzechem.
O ileż lepiej, pełniej i głębiej jest przeżywać te arcydzieła wspólnie, w autentycznej, nasyconej historią scenerii, niż tylko bezdusznie przewijać ich cyfrowe kopie na ekranie telefonu. Co prawda namalowanie bitwy pod Racławicami albo ułana na rozpędzonym koniu po kilku szklankach sangrii mogłoby przerosnąć amatorskie talenty i doprowadzić do czystej, abstrakcyjnej katastrofy na płótnie, ale przecież w tym wszystkim chodzi o radość tworzenia. Reszta, która woli pozostać w swojej dopaminowej jaskini, może spokojnie wracać do bezmyślnego przewijania rolek na ekranie.




