dutkiewicz trio

Kura, jajko i jazzowy gorset

Siedząc 29 kwietnia w murach chicagowskiej Akademii Muzyki PaSO, miałem poczucie uczestnictwa w wydarzeniu, które w teorii obiecywało mistyczny dialog sztuk. Projekt „Nowosielski Audiovisual / From Sound to Silence” w wykonaniu Artur Dutkiewicz Trio zapowiadano jako audiowizualne „okno na nieskończoność”. Jednak dla mnie, słuchacza nawykłego do jazzowego eklektyzmu, gdzie to gdańska „Miłość” pozostaje architektem chaosu, rzeczywistość okazała się znacznie mocniej ujęta w karby.

O gustach podobno się nie rozmawia, ale to właśnie ten miniony wieczór sprowokował mnie do postawienia prostego pytania: czy w nowoczesnych widowiskach muzyka jest jeszcze inspiracją dla obrazu, czy staje się już tylko jego zakładnikiem?

Trzej muzycy jazzowi z Artur Dutkiewicz Trio stojący na scenie obok fortepianu i perkusji, na tle nowoczesnej scenografii z okrągłymi grafikami w Akademii Muzyki PaSO.

Na scenie, obok lidera, stanęli muzycy o różnych rodowodach. Przy perkusji zasiadł Sebastian Kuchczyński, a na kontrabasie usłyszeliśmy lokalny, chicagowski akcent – Ethana Philiona. To postać na tutejszej scenie niemal instytucjonalna, znana z prowadzenia własnych big-bandów i współpracy z takimi tuzami jak Greg Ward. Philion z chirurgiczną precyzją wpisał się w ramy wieczoru, choć w mojej pamięci nieuchronnie pojawiały się duchy nieobecnych – Andrzeja Święsa czy Michała Barańskiego. To oni, grywając z „największymi” (choćby w kwartecie Benniego Maupina), wypracowali tę słynną, medytacyjną wrażliwość na ciszę, która stała się znakiem rozpoznawczym Dutkiewicza.

Słuchając pierwszych taktów, poczułem się jak podczas moich podróży, gdy wchodziłem do świątyń na południu Indii. Spodziewałem się głębokiego, surowego sacrum, a zastałem precyzyjnie wyreżyserowany rytuał. Artur Dutkiewicz, mimo całej swojej pianistycznej elegancji i szlachetności dźwięku, gra moim zdaniem bardzo „bezpiecznie”, z żelazną konsekwencją, trzymając się ustalonych szablonów.

Medytacja 2: Pokój i sanskrycki oddech

W programie znalazło się „Pięć Medytacji” (Przebudzenie, Pokój, Tęsknota, Uniesienie, Pełnia), opartych na tradycjach kontemplacyjnych – od śpiewu gregoriańskiego po bizantyjskie echa. Najwięcej tak potrzebnej w jazzie przestrzeni dała mi Medytacja 2, zatytułowana „Pokój”. Oparta na szkielecie sanskryckiego Om Shanti, pozwoliła muzyce wreszcie swobodnie odetchnąć poza gorsetem kompozycji.

Dalekie to były rejony od estetyki mojej ulubionej grupy „Om”. O ile u Dutkiewicza hybryda jest ułożona, niemal sterylna, o tyle u „Om” tkanka dźwiękowa wydaje się znacznie bardziej złożona – bizantyjskie chorały i bliskowschodnia mistyka nie tylko zderzają się z brutalnością doom metalu, ale tworzą gęste, wielowarstwowe sacrum. Choć sam nie wiem, czy te dwa światy w ogóle powinny ze sobą sąsiadować w jednej recenzji, to właśnie u „Om” czuję to duchowe „mięso”, którego w Chicago szukałem pod warstwami neonów przypominających ikony. Przypomniało mi to wieczory w indyjskich świątyniach, gdzie prosta, powtarzalna mantra ma w sobie więcej prawdy niż najbardziej skomplikowana orkiestracja. To w tej części koncertu cisza wreszcie zagrała i stała się instrumentem, a muzyka zaczęła pączkować „do wewnątrz”.

I tu dochodzę do sedna mojego dylematu: kury i jajka. Wizualizacje Andrzeja Wąsika, które w założeniu miały korespondować z sacrum Nowosielskiego, stały się dla mnie źródłem dotkliwego zgrzytu tożsamościowego. Były rażąco niepasujące: kształtem i kolorem. Ich agresywna, niemal neonowa dynamika brutalnie kłóciła się z medytacyjnym spokojem fortepianu. Fakturą: Zamiast dopełniać chropowaty, uduchowiony mistycyzm ikon, wydawały się obce, zbyt „wyglancowane” i nowoczesne.

Ta dominacja obrazu zabierała mi radosną tkankę słuchania. Znalazłem na to sposób: zamknąłem oczy. Dopiero wtedy muzyka Dutkiewicza mogła wybrzmieć w pełni, a jazzowe sacrum odzyskało swoją autonomię.

Artur Dutkiewicz Trio podczas koncertu na scenie; w tle na dużym ekranie widoczna jest nowoczesna, podświetlona na czerwono ikona przedstawiająca twarz Jezusa Chrystusa.

Moja chicagowska medytacja

Dutkiewicz to jednak artysta o wielu twarzach. Pamiętam go z odważnej płyty „Artur Dutkiewicz – Hendrix Piano”, gdzie udowodnił, że potrafi rozbić każdy szablon i iść własną drogą, nieściskany gorsetem oczekiwań. Pamiętam go też z doskonałych interpretacji utworów Czesława Niemena. 

Właśnie Niemen przyniósł na zakończenie chicagowskiego koncertu upragnione wytchnienie. Wykonanie „Pod papugami” było momentem, w którym wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Co ciekawe, wizualizacje w tej części stały się skromniejsze, bardziej powściągliwe i – paradoksalnie – przez to znacznie lepiej pasujące do całości. Pozwoliły one muzyce wybrzmieć, zamiast z nią walczyć.

Jeśli jednak chcemy naprawdę przeżyć ikony, zrozumieć proces ich „pisania” i dotknąć ich metafizycznego ciężaru, neonowe projekcje to za mało. Należy udać się do Muzeum Historycznego w Sanoku. Aby poczuć się lepiej, szukając autentycznego zderzenia sacrum i profanum, warto oddać się medytacji z albumem „Advaitic Songs” mojego ukochanego zespołu Om. Mistyka tam nie potrzebuje gorsetu. Ale przecież o gustach się nie dyskutuje, prawda?

Wychodząc z Akademii PaSO, pomyślałem, że czasem, by naprawdę „zobaczyć” dźwięk, trzeba po prostu wybrać ciemność i zamknąć oczy, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Albo przynajmniej zaufać, że muzyka, podobnie jak indyjskie mantry, obroni się sama bez neonowego wsparcia. W ciszy, która już pęka w szwach od nadmiaru znaczeń.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.