Często myślałem, że kultura to pomost, po którym dumnie kroczę w stronę lepszego rozumienia świata. Dopiero podcast „America and the Phantom Door” uświadomił mi, że od lat z uporem maniaka muruję przejście, które wziąłem za drzwi. Dziś stoję przed tą ścianą z rozbitym nosem i poczuciem, że po drugiej stronie nigdy nikogo nie było.
W pracy zdarzają mi się momenty, które znam pewnie tak samo dobrze jak każdy, kto próbuje pogodzić rygor obowiązków z wiecznym głodem intelektualnym. Kiedy dookoła panuje szum i – co tu dużo mówić – jałowość powtarzalnych czynności, odruchowo szukam zamiennika. Czegoś, co nie pozwoli moim myślom osiąść na mieliźnie. Tak oto trafiłem na podcast „America and the Phantom Door”. I mogę uczciwie stwierdzić, że było to moje najlepiej zainwestowane 32 minuty od lat. Czas, który przy mechanicznych zajęciach zwykle ciągnie się w nieskończoność, nagle przyspieszył, a świat stał się na moment przejrzysty.
Masala z konwaliami w tle
Ten podcast zmusił mnie do konfrontacji z własną naiwnością i moją osobistą diagnozą tego, co zwykłem nazywać „wymianą kulturową”. Słuchając go, przywoływałem samego siebie sprzed lat – tego Dariusza, który z żelazną konsekwencją wierzył, że to, co słyszę w głośnikach i widzę na ekranach, jest rzeczywistym mostem między światami. Wierzyłem w porozumienie. Okazuje się jednak, że ten most od początku był dla mnie jedynie atrapą, a ja z uporem maniaka budowałem z jego fragmentów mur. Dziś więc, z dodatkiem własnych przypraw, przygotowałem autorską masalę tamtego podcastu. Tę samą, a jednak inną – w smaku podobną do zapachu konwalii pod oknem nad Narwią, doprawioną moim stażem podróżnika i bagażem doświadczeń emigranta.

Król, którego nie było
Historia relacji Ameryki z Europą to dla mnie kronika dźwięków, które najpełniej wybrzmiewają w muzyce. Tuż po wojnie, aż do połowy lat 60., Ameryka jawi mi się jako wyspa – dumna, triumfująca i całkowicie zapatrzona w głąb siebie. To wtedy rodziła się popkultura, a jej absolutnym sacrum stał się Elvis Presley. To dla mnie fascynujący dowód na kulturową izolację: „Król” nigdy nie wystąpił na Starym Kontynencie. Europejczycy otrzymali jedynie winylowy erzac jego legendy, ale nie samego człowieka.
Europa była wtedy dla Ameryki tylko „starym krajem” – zbombardowaną ruiną wymagającą Planu Marshalla, miejscem, z którego się uciekało, miejscem z którego się emigrowało. Ameryka była przyszłością, Europa – sentymentalną, ale przykurzoną przeszłością. W tym czasie w Polsce tuliliśmy dźwięki pierwszych naśladowców rock’n’rolla; byli to Krajewski, Klenczon, a kluczem do rozumienia ich popularności stali się Czerwono-Czarni.
Laboratorium za oceanem
Zgrzyt tożsamościowy pojawił się na początku lat 70., kiedy Ameryka zaczęła widzieć w Europie dom wyrafinowania i eksperymentu. Stary Kontynent stał się zewnętrznym laboratorium amerykańskiego mózgu. Podczas gdy w USA budowano potęgę barokowego rocka spod znaku Chicago czy The Carpenters, nadając albumom studyjnego połysku, Europa zaproponowała chłód i intelektualną powściągliwość. To wtedy David Bowie uciekał do Berlina, a w głośnikach zaczęły pączkować dźwięki Kraftwerk, Joy Division czy później The Smiths. W kraju nad Wisłą pojawił się dojrzewający bigbit – cięższe brzmienia promowane przez Czerwone Gitary, Breakout i wciąż niedocenionego Niemena.
Warto jednak pamiętać, że ta europejska fala docierała do Ameryki jako produkt luksusowy i precyzyjnie przefiltrowany. Amerykanie widzieli Europę przez pryzmat kuratorów i kina Nowej Fali. Wierzyli, że w Europie kultura operuje na wyższym poziomie, że uprawia się tu sztukę przez wielkie „S”, podczas gdy oni mają jedynie pieniądze i blockbustery. Ta idylla nie mogła trwać wiecznie. Sielanka pękła w latach 90. Ameryka była wówczas u szczytu pewności siebie – to czasy gigantycznych gwiazd pop i globalnego eksportu wszystkiego co amerykańskie. Jurassic Park, Terminator 2 i Matrix weszły do kanonu, a wraz z nimi Britney Spears, Michael Jackson czy Madonna.

Pętla bez cenzury
I właśnie w tym momencie Europa przestała być filtrowana. Zabrakło kuratorów ze smakiem. Do USA bezpośrednio zaczęła docierać transatlantycka pętla wpływów bez pomady i ogłady: acid house, trance, hardcore – kultura brutalnego, powtarzalnego bitu. Dochodzi w tym momencie do bolesnego zderzenia: Ameryka poczuła niesmak, widząc Europę taką, jaka była naprawdę, a nie taką, jaką wymyślili sobie intelektualiści.
Podczas gdy w USA Bill Clinton kończył z opieką socjalną, a Amerykanie wierzyli, że internetem właśnie projektują przyszłość, Europa jawiła się im jako coś niezrozumiałego i estetycznie niechcianego. Ta zmiana miała też podłoże w polityce lat 80. – epoce Reagana, która przesunęła akcenty na rynek, obniżyła podatki i osłabiła siłę związków zawodowych. Ja w tym samym czasie w Polsce obserwowałem, jak rozmowy przy Okrągłym Stole domykają epokę PRL-u, którą do dziś niektórzy wspominają z łezką w oku, nie widząc, że właśnie wpadamy w tryby nowej, globalnej maszyny.

Cyfrowa bańka i teorie pana W.C.
Dzisiaj ta dynamika uległa w moich oczach całkowitemu spłaszczeniu. Nie widzę już „tu” i „tam”. Żyjemy bowiem w tej samej cyfrowej bańce, na tym samym Instagramie czy Facebooku, jesteśmy karmieni tym samym algorytmicznym szumem. I nie mam tu na myśli pokręconych i szalonych teorii pana W.C.. Nasza kulturowa wymiana między kontynentami przestała być rozmową, a stała się odbiciem w lustrze. I to jest dla mnie najbardziej niepokojący efekt – nastała bowiem era nieprzejrzystości.
Kiedyś muzyka i literatura były dla mnie drzwiami, przez które próbowałem przejść do innego świata. Dzisiaj odkrywam, że te drzwi były tylko namalowane na ścianie. Krach z 2008 roku obnażył słabość systemu w którym żyję, a my zamiast szukać wyjścia, zaczęliśmy budować wokół siebie mur z pozornych rozmów. Społeczeństwa po obu stronach Atlantyku współdzielą dziś jedynie cierpienie, które zastępuje działanie. Mało rozmawiamy o rzeczach istotnych, a czytamy jeszcze mniej. Zamiast wgryzać się w teksty wymagające wysiłku, wybieramy dopaminowe strzały z mediów społecznościowych. Słuchamy echa własnych uprzedzeń, które nie wybijają nas ze strefy komfortu.

Ściana, w którą uderzyłem
Cegła po cegle, z precyzją godną budowniczych z Pink Floyd, wznosiliśmy wokół siebie mur znieczulicy i intelektualnego lenistwa. To tragikomiczny zgrzyt: im więcej mamy narzędzi do komunikacji, tym mniej mamy sobie do powiedzenia. Jesteśmy jak więźniowie, którzy zamiast drążyć tunel, kłócą się o kolor tapety w celi, a w tym samym czasie Pink, nasz wewnętrzny izolacjonista, dokłada ostatni element, by odciąć się od wszystkiego, co nienawistne, obce i trudne.
Ostateczna diagnoza jest bolesna. Cały ten kulturowy rajd – od Elvisa po TikTok – doprowadził nas do punktu, w którym informacja przestała być paliwem postępu, a stała się zaprawą murarską. Prędzej czy później każdy z nas stanie przed tą konstrukcją twarzą w twarz. I dopiero wtedy, w tej dojmującej ciszy, poczujemy pulsowanie w skroniach.

Prawda o „Phantom Door” okazuje się brutalnie fizyczna: tych drzwi nigdy nie było. Były tylko sprawnie namalowaną perspektywą, artystyczną iluzją, w którą tak bardzo chciałem uwierzyć, że wziąłem pełny rozbieg. Dziś stoję z rozbitym nosem, dotykając czołem gładkiej, nieprzeniknionej powierzchni własnej ignorancji. Boli nie tylko dlatego, że mur okazał się twardy. Boli, bo po raz pierwszy w tej dojmującej ciszy zrozumiałem, że po drugiej stronie ściany nigdy nikogo nie było. Stoje tam sam.




