Są książki, które na długo nie pozwalają o sobie zapomnieć. „Księgi Jakubowe” czy „Dom dzienny, dom nocny” noszę w sobie od lat. Czytanie to dla mnie proces ciągły, w którym głęboko szanuję autora, jego warsztat i intelektualny wysiłek. Z tym większym zażenowaniem przyglądałem się ostatnio festiwalowi histerii, jaki rozlał się na Olgę Tokarczuk. Wystarczyło, że na poznańskim kongresie „Impact” noblistka wspomniała o testowaniu AI jako asystenta do researchu czy rozwijania pomysłów, o tym jak do niego się zwraca, a internetowy tłum natychmiast wydał wyrok.
Ludzie, dla których samodzielna lektura stustronicowej powieści stanowi często barierę nie do pokonania, błyskawicznie uznali, że sztuczna inteligencja wyręcza ją w pisaniu. Ta wściekłość doskonale obnaża, jak bezrefleksyjnie i płytko operujemy dziś informacją, szukając pretekstu do oburzenia, nie próbując nawet zrozumieć kontekstu.

To dzięki dobrym lekturom opowieść może popłynąć zupełnie inną drogą, całkowicie ignorując tani hałas. Może np. uciec prosto do Indii.
Moje podróże na subkontynent, tamtejsze wielotygodniowe wędrówki i spotkania, na stałe zamieszkały w mojej pamięci. Nie obchodzi mnie, jak inni malują ten kraj w przyspieszonych, krzykliwych i czasem obraźliwych rolkach na Instagramie czy TikToku. Liczy się wyłącznie to, jakie Indie mieszkają we mnie. A są to Indie wielowymiarowe, w których historia uczy pokory. To tam odnalazłem postać taką jak Jam Saheb Digvijaysinhji – Dobry Maharadża. Ten władca w 1942 roku wybudował z własnych środków osiedle w Balachadi, dając schronienie tysiącowi polskich sierot ewakuowanych z nieludzkiej ziemi związku radzieckiego. Uosabiał postawę kogoś, kto potrafi ocalić empatię i ludzką godność wbrew logice ogarniętego bezmyślną rzezią świata.

Zawsze wierzyłem, że ta humanistyczna perspektywa ma znaczenie. Że to wiedza wciąż jest gwarantem wolności, tej intelektualnej i tej fizycznej. Z tą naiwną wiarą stoczyłem w życiu kilka bitew o cudzy rozsądek. Jak to bywa – czasem wracałem z tarczą, znacznie częściej wynoszono mnie na niej. Jednak przyznaję się, tę kluczową batalię przegrałem całkowicie.
Rzucałem różnorodnymi argumentami, próbując uświadomić otoczeniu, jak media społecznościowe kaleczą naszą percepcję. Namawiałem, by nie traktowali tego syntetycznego strumienia jako ostatecznej wyroczni. Prosiłem, by szukali bezpośredniego kontaktu z nieprzetworzonym światem i oceniali rzeczywistość z własnej, absolutnie niezależnej perspektywy. Patrząc dziś na znajomych, widzę tylko rozmiar mojej klęski. Nie miałem cienia szansy na zwycięstwo.
Żeby zrozumieć anatomię tego zjawiska, wystarczy przywołać jedną ze scen filmu „The Wall” Pink Floyd. Nauczyciel, który za dnia dręczy dzieciaki w szkole i tłumi ich indywidualność, w domu sam staje się drobnym ogniwem znacznie większego systemu opresji. Złamany, zmęczony, odkłada coś niestrawnego na talerz, coś co budzi jego fizjologiczny opór. Po drugiej stronie stołu siedzi żona. Zamiast dyskusji jest wymowna cisza i jeden ruch palca wskazującego na ten kulinarny odpad. Masz to zjeść. Innego nie będzie. Masz przełknąć i uznać, że to w pełni wyczerpuje twoje potrzeby. Dokładnie tak samo wygląda dziś użytkownik sieci. To człowiek święcie przekonany, że wybiera samodzielnie, choć od dawna konsumuje wyłącznie to, co zostało mu odgórnie podsunięte.

Wprowadzenie przez Google sztucznej inteligencji bezpośrednio do wyszukiwarki to ostateczne domknięcie tego systemu. To już nie jest potulne udomowienie Internetu – to jego finalna likwidacja.
Dawniej Internet przypominał nam gęsty las pełen ścieżek wydeptanych przez pasjonatów, samotników i cyfrowych radykałów. Dziś wyszukiwarka przestaje być drogowskazem, który wyprowadza nas na zewnątrz, do niezależnych twórców, portali czy blogów pełnych pasji. Zamiast tego zamyka nas w swoim własnym ekosystemie, serwując jedną, sztucznie wygenerowaną, syntetyczną do bólu odpowiedź.
Dziś wartościowe treści są systematycznie grzebane pod warstwą algorytmicznej optymalizacji. Jeśli twój tekst nie promuje kosmetyków, łatwego stylu życia albo 12 rzeczy do zrobienia podczas Caribbean Cruise, wyszukiwarka brutalnie spycha go w niebyt, podając wszystko gotowe na talerzu – bezmyślne, niewymagające, proste i posypane tanim brokatem ułudy. Dostajemy gotową, gładką papkę informacyjną z jasnym przekazem: „Masz to i się ciesz”.
Myślę o tym mechanizmie za każdym razem, gdy przypominam sobie finał „Blade Runnera”. Na moim blogu wracam do tego momentu już po raz kolejny, co jest dla mnie niezbitym dowodem na to, jak głęboko ta scena we mnie siedzi.
Rutger Hauer na dachu wysokościowca umiera w strugach deszczu, rzucając w roziskrzoną neonami przestrzeń zalanych deszczem neonów, wspomnienia o statkach szturmowych w ogniu i promieniach C w mroku blisko wrót Tannhäusera. Zostawia widza z przytłaczającym poczuciem, że był świadkiem rzeczy absolutnie unikalnych. Deszcz bezlitośnie zmywa z twarzy Harrisona Forda pot i łzy. Nie potrafię i nawet nie próbuję porównywać tej sceny do jakichkolwiek dzisiejszych produkcji, jej przesłanie jest absolutnie ponadczasowe.

Coraz częściej łapię się na tym, że ja sam czuję się jak Roy Batty dzisiejszych czasów. Było mi dane patrzeć na narodziny pierwszych 8-bitowych komputerów, pracować na pionierskich edytorach tekstu, składać książki do druku. Pamiętam rzemiosło, które wymagało pełnego skupienia. Dawało to autentyczne poczucie współtworzenia kultury. Moja praca miała jasny sens, a ja czułem się artystą – kimś, kto z surowej formy budował coś namacalnego i własnego. Chciałem zgłębiać tajniki wiedzy, nieustannie się edukować, by z każdym kolejnym projektem stawać się po prostu lepszym człowiekiem. To wszystko zaraz przepadnie we mgle, bo dziś rządzi AI, a zachwyceni sobą użytkownicy nawet nie zauważają, jak potężnie kurczy się ich horyzont.
Koronny dowód tej dobrowolnej kapitulacji dostałem niedawno u fryzjera. Obok dwie kobiety z pełnym przekonaniem dyskutowały o tym, jak wiedza o medycznych cudach – choćby ta o cudownych właściwościach kolagenu – jest celowo ukrywana przed społeczeństwem przez bliżej nieokreślonych „onych”. Na snuciu banalnych teorii spiskowych się nie skończyło, bo rozmowa szybko zeszła na sztuczną inteligencję. Okazało się, że teraz wystarczy wpisać do AI pytanie o chorobę, diagnozę czy konkretne leki. Tematy zdrowotne, tak potężnie pochłaniające starsze społeczeństwo, zostały zredukowane do jednego, wygodnego promptu, który dał im poczucie całkowicie bezkolizyjnej, błyskawicznej wiedzy o własnym organizmie. Rozmawiały o tym z jawną wyższością, napawając się iluzją samowystarczalności. Po co im lekarz czy merytoryczna weryfikacja u specjalisty? Sztuczna inteligencja dała im nieuzasadnioną pewność siebie i poczucie absolutnej supremacji nad resztą nieuświadomionego świata.
Słuchałem tego z ponurą fascynacją, bo prawda jest znacznie bardziej brutalna. Żeby ją jednak dostrzec, trzeba zajrzeć do podręczników psychologii behawioralnej. Nikt przed nami niczego nie ukrywa. My po prostu daliśmy się zamknąć w cyfrowej klatce Skinnera. Koncerny technologiczne, wykorzystując mechanizmy warunkowania i system tanich nagród dopaminowych, z ogromnym sukcesem oduczyły nas wysiłku.

Samodzielne myślenie nie istnieje w próżni. Nie da się go zawiesić w powietrzu i udawać, że działa. Trzeba je oprzeć o twardą wiedzę z książek, o światową literaturę, o ciszę bibliotek i żmudną analizę trudnych tekstów. Trzeba umieć wyciągać wnioski i mieć świadomość procesów, które nami sterują. Tymczasem my oddaliśmy naszą niezależność za ułudę wygody. Wymieniliśmy ją na wygenerowane przez AI streszczenia i wyszukiwarkę, która mówi nam, co mamy myśleć, zanim w ogóle zdążymy zadać właściwe pytanie.
Nikt nam nie musiał odbierać wolności siłą. Sami podaliśmy ją na tacy, bezbrzeżnie wdzięczni, że ktoś wreszcie zdjął z nas ciężar bycia świadomym człowiekiem.
Stoję więc na dachu tego nowego, syntetycznego świata – pokonany i ostatecznie pogodzony z klęską. Moja batalia o cudzy rozsądek dobiegła końca; nie miałem w niej cienia szansy na zwycięstwo. Jako ten spóźniony, analogowy Roy Batty dzisiejszych czasów mogę już tylko patrzeć, jak deszcz cyfrowego szumu powoli zmywa resztki dawnego rzemiosła, zapach papieru i trud samodzielnego myślenia. Wszystkie te chwile, w których wiedza była gwarantem wolności, a kultura wymagała wysiłku i skupienia, przepadną w algorytmicznej mgle.
Zostaną utracone w czasie, jak łzy na deszczu.
Czas umierać.





Dlatego pracuję w muzeum. Dawno Cię nie było. Czwarta alejka w bibliotece. Wkrótce
Jedno z piękniejszych zaproszeń. Będę. Dziękuję.
Nie umierajmy.
Świat od zawsze pełen był ludzi, którzy preferowali łatwe rozwiązania. Zdobywanie wiedzy I wyciąganie z niej wniosków wymagają dyscypliny. Wiedza jest przecież przywilejem i wyborem. Informacja to jeszcze nie wiedza.
Nie umierajmy.
Tyle jeszcze książek przed nami!