Miało być po słowiańsku. Wypatrzyłem lokal Tsar – ich pierogi miały być kotwicą w tym dziwnym mieście, ale Ameryka AD 2026 to kraj, w którym łatwiej o ideologię niż o kogoś, kto potrafi obsłużyć lepienie ciasta. Sprzedawca, Latynos z akcentem tak ciężkim, że niemal fizycznie wyczuwalnym, rozłożył ręce. ‘No workers, man’ – rzucił, ale zrobił to z tym ich specyficznym, szerokim uśmiechem, który w jakiś niewyjaśniony sposób zawsze przebija się przez kaleczony angielski. Nie było pierogów, nie było kucharzy. Był tylko uśmiech i pusta witryna.
Wylądowałem więc w Sinbad Express.

Sprzedawca tutaj był dla odmiany skandalicznie przystojny. Ta myśl uderzała mnie po głowie niczym kopyta rozbrykanego mustanga – metafora równie tania, co obiad w Seattle, choć o taniości nie było mowy. Przełknąłem kolejną porcję hummusu (gęstego, poprawnego i absolutnie wspaniałego – to nie ten ideologiczny błąd z poprzedniej epoki, który był totalną katastrofą, wszyscy to wiedzą, ta wersja jest po prostu mega, uwierzcie mi!) i zagryzłem suchym falaflem.
Za szybą, na rogu Evanston i Fremont, Lenin stał niewzruszony. Twarde, południowe światło cięło plac bez litości, wyciągając każdy detal z jego mosiężnej głowy. Gołębie srały na niego z taką samą obojętnością, z jaką turyści mijali pomalowane na czerwono dłonie. W tym pełnym słońcu czerwień farby nabrała niemal fluorescencyjnego, nienaturalnego odcienia. Zero zmiękczenia, czysty brutalizm kontrastów.
Ameryka – pomyślałem – to kraj zbudowany na gigantycznych, bezsensownych znakach zapytania. To jedyne miejsce, gdzie możesz kontemplować brak rąk do pracy i upadek systemów, wpychając w siebie baba ghanoush serwowany w cieniu radzieckiego reliktu.
– Chcesz jeszcze baklavę? – Głos sprzedawcy wyrwał mnie z tej marnej, pseudofilozoficznej zadumy.
– Tak, tę z czekoladą – odpowiedziałem, wyciągając kartę.
Plac gęstniał od stolików, słońce zaczynało parzyć, a przystojny sprzedawca uśmiechnął się, jakby właśnie sprzedawał mi udziały w Google, a nie kawałek ciasta z miodem.
– $32.40 – rzucił bez cienia zażenowania.
Trzydzieści dwa dolary za ciecierzycę i baklavę. Witamy w ‘Center of the Universe’.
Jeśli to jest Center of the Universe, to wszechświat ma potężną inflację i zerowe poczucie wstydu. Ale hej, przynajmniej słońce nad placem nic nie kosztuje. Jeszcze. A takie ceny paliwa nie będą trwać wiecznie





