ann post

Ania Włoch śpiewa Umer, a przecież byłam…

Nie znoszę pisać pod dyktando. Cenię sobie luksus niezależności w formułowaniu osądów i nie mam oporów, by wytknąć organizatorom potknięcia prosto w twarz. Szczególnie, gdy biorą się za pracę z dziećmi, a po pięciu minutach na scenie nie pamiętają ich imion. Bezczelne? Być może. Ale to obnaża brutalną prawdę o moralnym i warsztatowym przygotowaniu. Jeszcze bardziej żałośnie robi się, gdy w dorosłych projektach na afisz pcha się ludzi, którzy mają problem z wyartykułowaniem własnych słów, o płynnym czytaniu nie wspominając. O wyśpiewaniu czegokolwiek można w ogóle zapomnieć.

Dlatego gdy stawia się na szali ogrom pracy, potu i logistyki, nie powierza się tego przypadkowym twarzom. Ten ciężar muszą udźwignąć ludzie z twardym kręgosłupem. Tacy, którzy po zderzeniu z materią wrócą z tarczą z powrotem do cyfrowej codzienności. I tu dochodzimy do mięsa dzisiejszego wpisu.

Wokalistka Ania Włoch śpiewająca do mikrofonu na scenie w Akademii Muzyki PaSO, z rozmytym zespołem muzycznym w tle.

Nie mam pojęcia, jak długo kiełkowała ta idea. Kiedy dokładnie dwie znajome zmusiły do wejścia w ten rygor muzyków, którzy wzięli na siebie brzemię z pozoru niewykonalne w epoce szybkiej konsumpcji. Opracować, udźwiękowić i wyśpiewać gęstą narrację utkaną z Magdy Umer. Gdy poproszono mnie o wsparcie, wszedłem w to. Stałem się drobnym trybem w maszynie napędzającej projekt „Ania Włoch śpiewa Umer, a przecież byłam”.

W miniony weekend, 25 i 26 kwietnia, Teatr Wydawnictwo Evergreen zaserwował polonijnej publiczności w Akademii Muzyki PaSO brutalny detoks. Opcję porzucenia doomscrollingu, tanich filtrów i napompowanych, przaśnych eventów na rzecz kameralnej tkanki. Ten koncert pachniał nostalgią i subtelnymi zmianami pogody, wciągając w pejzaż zbudowany z cząstek wiedzy o Magdzie i surowych, ludzkich uczuć.

Partytura utkana z potu i poezji

Zaczęło się od zgrzytu. Kawiarniana przestrzeń, uliczny zgiełk brutalnie tnący ciszę. Ania wchodzi, zrzuca tenisówki, wciska stopy w szpilki i uderza tekstem Michała Zabłockiego: „Naprawdę nie dzieje się nic”. To znane z interpretacji Grzegorza Turnaua wyznanie chwyciło za gardło właśnie dlatego, że nikt na widowni nie był na nie przygotowany. Ot, kawiarnia, mijający się w pośpiechu ludzie, a z tego chaosu wyłonił się nagle czysty, fonetyczny ciężar.

Całość spektaklu spajała gęsta, wciągająca narracja. Gdzieś z tyłu głowy, przez kawiarniany szum przebijały się odczytywane fragmenty wywiadów z Magdą Umer. Gdy padły twarde słowa o „moczarstwie” i Bogu, płynnie zderzyły się z utworem „Dawne zabawne” Agnieszki Osieckiej. To było nostalgiczne, a zarazem podszyte chłodną ironią wspomnienie minionych miłości. Ulotne chwile, jakieś przelotne pocałunki – te osieckowe „zgubione jaskółki” wracały niczym echo, łącząc liryczny żal z cyniczną kpiną z nieubłaganego czasu.

Ten sam poetycki rygor uderzył w „Jeżeli miłość jest”. Patrząc na scenę, miałem dojmujące wrażenie, że Ania jest w tamtym ułamku sekundy jedyną osobą na sali, która ma moralne prawo zadać to osieckowe pytanie. Z kolei „Dwa serduszka” Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej, wyśpiewane solo, a potem podparte potężnym głosem chóru przy stoliku z siedzącymi obok Anną i Piotrem, stały się jawnym ukłonem w stronę widowni. Złamano czwartą ścianę, a cała sala – chcąc nie chcąc – zaczęła tę melodię fizycznie nucić.

Później przyszło najcięższe uderzenie. „Oczy tej małej” Osieckiej rozerwały mnie od środka. Drobna sylwetka Włoch i to ledwo wyczuwalne drżenie jej głosu, które z chirurgiczną precyzją budowało napięcie, by w finale rzucić w nas: „…pochyl się do jej martwych nóg”. Siedziałem tam z rosnącym poczuciem winy za wszystkie niespełnione miłości własnego życia. A umówmy się – to przecież był tylko koncert, prawda?

Anatomia autentyczności

Zupełnie inną dynamikę przyniosło wykonanie utworu z repertuaru Starszych Panów – „Taka gmina” Jeremiego Przybory. Na scenę wtargnął chór, dzierżąc w dłoniach egzemplarze gazety „Twój Tytuł”. Zawodzili wysoko, gestykulowali, przeżywali. Widziałem autentyczne, nieudawane poruszenie w ich oczach. To brutalna konstatacja: cokolwiek byśmy nie zrobili, jak bardzo byśmy się nie szarpali – na koniec to i tak wszystko… „taka gmina”.

Potem na deski wszedł Wojtek – prywatnie mąż Ani – kręcąc się z parasolem. To była inscenizacja pod „Jaki śmieszny jesteś pod oknem” Wincentego Fabera, utwór wryty w kanon przez Ewę Demarczyk. I tu wydarzyła się rzecz całkowicie odarta z plastiku. Kiedy Wojtek zatrzymał się na moment, by spojrzeć na żonę, na jej twarzy odmalowała się surowa, czysta radość. Zero wymuszonej gry aktorskiej.

Te same, namacalne, chemiczne reakcje uderzyły w niedzielnym duecie „Już czas na sen” Przybory. Arek Górecki i Ania Włoch udowodnili na scenie, że pasują do siebie jak dwa stalowe tryby w sprawnym, scenicznym mechanizmie. On – operujący chłodnym dystansem, precyzyjnie punktujący rytm na cymbałkach, i ona – cała rozedrgana emocjami tekstu. To jedna z tych scen, których po prostu nie da się spisać na papierze; trzeba było tam siedzieć i przyjmować te drgania powietrza prosto na własnej klatce piersiowej.

Zwieńczeniem tego artystycznego cyklonu stał się tekst Jonasza Kofty. „Pamiętajcie o ogrodach” weszło z siłą betonowego bloku. Twarde, mocne domknięcie. Przyszło nam funkcjonować w czasach, które nie dają taryfy ulgowej, a ta wyśpiewana recepta, choć zakurzona latami, wciąż pozostaje bezlitośnie ostra i pełna nadziei.

Ziarno piasku na plaży życia

Widzowie dostali na talerzu surowe mięso autentyczności. Szybko zweryfikowano, czy potrafią je przełknąć bez ucieczki w cyfrowy hałas. Przez bite półtorej godziny sala tkwiła w paraliżu. Zszokowani, z otwartymi ustami, bez odruchowego sięgania po kieszonkowe pstrykadełka. Gdy zgasły ostatnie dźwięki, publiczność uderzyła w brawa z opóźnionym zapłonem, wciąż oniemiała, nie potrafiąc fizycznie odnaleźć własnego miejsca po tej podróży. Nie mogli uwierzyć, że to już koniec. Wypełniło się.

Złowiony w mediach społecznościowych komentarz trafia w punkt:

Prawdopodobnie najlepszy polski koncert, na jakim byłem w USA – świetna organizacja i wyjątkowy, artystyczny klimat. Wielki szacunek dla organizatorów i ogromne brawa dla absolutnie kapitalnej wokalistki – Ani Włoch.

Co wygenerowało ten stan? Evergreen rzuciło na front sprawdzoną gwardię rzemieślników. Sławomir Bielawiec przy fortepianie, Krzysztof Pabian na kontrabasie, Ted Kazmierczak narzucający perkusyjny puls. Do tego wiolonczela w rękach Patrycji Likos-Nadybał, Jan Zieńko z gitarą oraz potężne wsparcie Chóru Cantorum Polonia pod dyrekcją Elizy i Arkadiusza Góreckich. To jest dokładnie ten mechanizm, o którym pisałem na początku – mechanizm oparty na ludziach, którym powierza się ciężar z pełnym zaufaniem, że cała konstrukcja nie runie.

I choć w tej całej skomplikowanej machinie przygotowań, w tym całym pocie i rygorze, byłem zaledwie mikroskopijnym trybem, to gdy sala pękła w owacjach, poczułem się – być może niesłusznie – cholernie dobrze. Jak ziarnko piasku wciśnięte w piach wielkiej plaży życia. I tak to właśnie musi wyglądać. Przeszłość jest już domknięta, wypełniona po brzegi, o przyszłości nie mamy bladego pojęcia. Zostaje nam tylko to surowe „tu i teraz” – jedyna realna szansa, by zacząć od zera: czytać poezję, myśleć bez filtra, kochać i mieć pełną świadomość nadchodzących dni. Kto tam był, ten zrozumie. Kto odpuścił – niech żałuje, bo czas jest bezlitosny i zwyczajnie krótki.

Gratuluję Wydawnictwu Evergreen tego pomysłu. To jest dokładnie ten mechanizm, o którym pisałem na początku – mechanizm oparty na ludziach, którym powierza się ciężar z pełnym zaufaniem, że cała konstrukcja nie runie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.