Cena bycia „wzorowym”

Nie jest tajemnicą, że posiadam profil na FB – zresztą prowadzę ich kilka, a wszystko to zawodowo. Mam więc okazję, aby przyjrzeć się wpisom polskich emigrantów, takich jak ja sam. Tych, którzy spędzili tu już wiele lat, a i takich, którym American Dream dopiero zaczyna się śnić.

Oprócz tego zawsze uważnie patrzę na to, w jakich okolicznościach i pod jakim materiałem piszą moi rodacy. Nie chcę pisać o poprawności językowej, która w większości nie istnieje, ani o tym, jak sączy się z tych wpisów jad nienawiści – ale obiecuję, że kiedyś do tego znowu wrócę. Dziś chcę napisać o moich odczuciach związanych z „niedoskonałością” własnego samopoczucia. Co mam na myśli? Otóż jest tak – i nie ma tu żadnej wątpliwości – że kultura, w której przyszło nam żyć, nam outsiderom, powoduje, że czujemy się nieco inni. Sprawia nam to ból; ból wynikający z poczucia bycia innym.

Ten ból inności to nie tylko kwestia sentymentu – to systemowy błąd w naszym oprogramowaniu, który ciągnie się za nami od pokoleń. Czytałem tekst Dennisa Portnoya „How cultural outsiders cope with the pain of feeling different” i uderzyło mnie, jak precyzyjnie opisuje on mechanizm, w którym my, outsiderzy, próbujemy ten ból zagłuszyć patologicznym sukcesem. Chcemy być „najlepsi”, chcemy „pokazać im wszystkim”, ale ta ambicja ma swoje korzenie w mrocznej historii, którą dokumentuje film „Czwarta Dzielnica”. To tam, na przełomie wieków, miliony Polaków trafiały do niebezpiecznych fabryk i rzeźni Chicago. To wtedy wielodzietne rodziny, żyjące w skrajnym ubóstwie, budowały monumentalne kościoły – te najwyższe i najważniejsze, zawsze „lepsze” niż inne. „Polskie katedry”, jak St. Stanislaus Kostka, to pomniki naszej potrzeby udowodnienia własnej wartości; wzniesione z ostatnich centów ludzi, którzy sami często przymierali głodem.

Dziś ta potrzeba bycia „najlepszym” wciąż w nas siedzi, choć zmieniła formę. Spójrzcie na dane z biura skarbnika hrabstwa Cook. To nie przypadek, że Polacy są wymieniani jako grupa najsumienniej zasilająca budżet stanu. My nie tylko zostawiamy tam pieniądze – my płacimy najwięcej. Jesteśmy finansowym fundamentem tego systemu; kupujemy domy i prowadzimy biznesy, odprowadzając podatki z niemal religijną gorliwością. A jednak mentalnie wciąż tkwimy w trybie „przetrwania”, a nie „panowania”. Jesteśmy najsolidniejszymi płatnikami w systemie, którego wciąż boimy się zrozumieć na tyle, by czerpać z niego realne korzyści. Pozostajemy bogatymi tułaczami, którzy fundują Amerykę, czując się w niej jedynie gośćmi.

Ten brak autentycznego zakorzenienia najboleśniej odbija się na dzieciach. Często przepychamy je przez „maszynkę polskości” – sobotnie szkoły, akademie, kościelne uroczystości – ale robimy to wyłącznie na pokaz. Nie dbamy o ich realną mowę, o rzetelną znajomość historii, o ich tożsamość. Zamiast budować ich pewność siebie, produkujemy kolejne pokolenie zawieszone w próżni. To dzieci, które nie są ani w pełni Amerykanami, ani świadomymi Polakami – są jedynie kopiami naszych własnych lęków i niespełnionych ambicji.

Zamykając się w takich gettach myślenia, zaczynamy wybierać przemoc – najpierw tę słowną, sączącą się zza ekranów. To z klawiatury sypią się agresywne hasła, popierające niejednokrotnie nacjonalizm czy wręcz nienawiść. Dla niemądrych ta agresja to jedyna „furtka w murze kulturalnym”; mylą nienawiść z zachowaniem jedności, a radykalizm z ochroną tradycji. Wierzą, że brutalność obroni ich tożsamość, podczas gdy ona tylko pogłębia ich izolację.

A kiedy fasada wzorowego sukcesu i „tradycji” pęka, pojawia się zgorzknienie. To ono sprawia, że atakujemy każdego, kto jest inny – czy to sąsiada o innym kolorze skóry, czy kogoś o odmiennych poglądach. Nienawidzimy tej swobody u innych, bo ona przypomina nam o cenie, jaką zapłaciliśmy za nasze powierzchowne dopasowanie się. Portnoy ma rację: sukces bez autentyczności to tylko złota klatka. Może czas przestać być tylko „najlepszym płatnikiem” i zacząć być człowiekiem, który nie musi nienawidzić, by w końcu poczuć się u siebie?

Puenta: Twarz zza klawiatury ma nazwisko

I oto mamy finał tej historii, niemal wycięty z podręcznika patologii emigracyjnej, o której pisałem. Spójrzcie na tę scenę: Minneapolis, środek politycznej debaty i on – Anthony J. Kazmierczak. To człowiek, którego przodkowie prawdopodobnie z taką samą nadzieją jak my budowali te „najwyższe i najważniejsze” kościoły w Chicago.

Ten przypadek to kliniczny dowód na to, co dzieje się, gdy „maszynka polskości” i kult „dawania sobie rady” zderzają się z życiową porażką. Kazmierczak nie jest żadnym „obrońcą wartości” ani „strażnikiem tradycji”. To człowiek, który w amerykańskim systemie, tak hojnie przez nas dotowanym podatkami, kompletnie sobie nie poradził. Skazany za kradzież samochodu, dwukrotny recydywista za jazdę pod wpływem alkoholu, notowany za drobne wykroczenia. To jest ta „elita elit”, która czuje się powołana do decydowania o tym, kto ma prawo być Amerykaninem, a kto nie.

To jest właśnie to zgorzknienie, o którym pisał Portnoy. Kazmierczak, nie mając żadnej wewnętrznej wartości, o którą mógłby się oprzeć, buduje swoją tożsamość na nienawiści do „innego”. Atakuje Ilhan Omar – kobietę, która mimo bycia imigrantką, osiągnęła szczyty amerykańskiej polityki – bo jej sukces jest dla niego żywym oskarżeniem. Jej hidżab, który prezydent złośliwie nazywa „turbanem”, staje się dla Kazmierczaka symbolem wszystkiego, czego on sam nie potrafi zrozumieć.

To tragiczny paradoks: człowiek z wyrokami za kradzież i alkoholizm krzyczy do kongresmenki, że „rozdziera Minnesotę”. To on jest tym „nieudacznikiem zawieszonym w próżni”, o którym wspominałem. Nie potrafiąc panować nad własnym losem, wybiera przemoc jako jedyną dostępną mu formę „panowania”. Jego nienawiść to ta sama „furtka w murze kulturalnym”, przez którą sypie się jad w komentarzach na Facebooku. To nacjonalizm w najczystszej, najbardziej żałosnej postaci – jako ostatnia deska ratunku dla kogoś, kto przegrał własny American Dream.

Kazmierczak broni swojego prawa do bycia „lepszym” tylko dlatego, że jest biały i ma swojsko brzmiące nazwisko. To przestroga dla nas wszystkich: jeśli nie wyjdziemy z getta nienawiści i nie przestaniemy budować swojej wartości na wykluczaniu innych, skończymy dokładnie tak samo – ze strzykawką pełną jadu w dłoni, atakując ludzi, którzy mieli odwagę być sobą.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.