Woman in jeans looks out window in room with vinyl records.

Tragedia Wspólnego Pastwiska

Długo nie wchodziłem na ten teren. Nieco jak na cienki lód — wiesz, że trzyma, ale pod każdym krokiem słyszysz ten charakterystyczny trzask, który każe ci zastanowić się, czy aby na pewno. Nieomal jak na albumie The Wall — muzyka, która zmusza do zatrzymania, zanim zdążysz pomyśleć, co właściwie do ciebie mówi. Mało kto dziś pamięta początki tej historii, a gdy po raz pierwszy zetknąłem się z pojęciem „wspólnego pastwiska”, nie wytrzymałem — musiałem pisać. Oddaję wam do rąk tekst, który wart jest zatrzymania się nad nim nieco dłużej niż zwykle. Nie spieszycie się, prawda?

I. Prolog: Dwa kraje, jedno lustro

Dorastałem w Polsce — kraju, który przez dekady żył w cieniu historii większej od siebie, w bruzdach po imperialnych pługach, które nie pytały o zgodę by orać, dzielić i ranić. Polska zna smak nacjonalizmu wyssanego z mleka strachu: strachu przed zabraniem ziemi, języka, tożsamości. Zna też cudowną, niszczycielską siłę polityka, który mówi do człowieka w środku nocy: „Twoja bieda to nie twoja wina. Mamy tu wroga.”

Kiedy więc obserwuję ze swoją polską pamięcią to, co stało się z Partią Republikańską pod przewodnictwem Donalda Trumpa, nie czuję egzotyki. Czuję déjà vu.

Republika Stanów Zjednoczonych jest krajem, który powinien być odporny na ten rodzaj politycznego zakażenia — zbudowanym świadomie, z oświeceniowych zasad, z mechanizmami hamowania władzy zakodowanymi głęboko w Konstytucji. Ojcowie Założyciele — Madison, Hamilton, Jefferson — nie byli naiwnymi idealistami. Wiedzieli, że demokracja jest krucha. Wiedzieli, że demagogia jest stara jak świat i że tyrania najchętniej przychodzi w przebraniu ludu. Właśnie dlatego zbudowali system checks and balances, trójpodział władzy, federalizm — jakby z góry wiedzieli, że przyjdzie dzień, gdy ktoś spróbuje nagiąć zasady. Nie spodziewali się jednak, że ów ktoś nie będzie musiał łamać instytucji siłą — że wystarczy, iż wyborcy sami mu ją podadzą. A jednak. A jednak coś się stało. Coś fundamentalnego, coś co wymaga wyjaśnienia poprzez język nauki o ludzkim zachowaniu — i przez pewną teorię, która powstała zupełnie gdzie indziej, mówiąc zupełnie o czymś innym.

Tą teorią jest Tragedia Wspólnego Pastwiska.

Founding Fathers debating in a richly detailed historical meeting painting.
A pivotal moment in American history: the Founding Fathers gather to debate and draft crucial documents. Their discussions laid the groundwork for a new nation.

II. Hardin i jego pastwisko

W 1968 roku, w grudniowym numerze czasopisma Science, ukazał się esej, który miał zmienić sposób myślenia o zasobach zbiorowych, ekonomii i — niechcący — o polityce. Napisał go Garrett Hardin (1915–2003), amerykański ekolog i biolog z University of California w Santa Barbara. Hardin był człowiekiem kłopotliwym: genialnym w swoich obserwacjach, kontrowersyjnym w swoich wnioskach, oskarżanym o ekologiczny rasizm i neo-maltuzjanizm. Nie był postacią jednoznaczną moralnie — i właśnie dlatego jego myśl jest tak użyteczna, gdy próbujemy opisać rzeczy jednoznacznie niemoralne.

Tytuł eseju brzmiał: The Tragedy of the CommonsTragedia Wspólnego Pastwiska.

Kontekst jej powstania jest ważny. Lata sześćdziesiąte XX wieku to czas narastającej świadomości ekologicznej i obaw przed przeludnieniem — Rachel Carson opublikowała Milczącą wiosnę sześć lat wcześniej, Paul Ehrlich pracował nad Population Bomb. Hardin szukał narzędzia, które wytłumaczyłoby, dlaczego wolny rynek zawodzi w przypadku dóbr wspólnych — atmosfery, oceanów, wspólnych pastwisk. Stworzył metaforę, która przeżyła autora o dziesięciolecia.

Hardin opisał prostą sytuację: wyobraźmy sobie wioskę, w której środku leży wspólne pastwisko. Każdy rolnik ma prawo wypasać na nim swoją trzodę. Racjonalny rolnik myśli: jeśli dodam jedną krowę więcej, zysk jest mój, a koszt — degradacja trawy — jest rozłożony na wszystkich. Więc dodaje krowę. Każdy inny rolnik myśli dokładnie tak samo. Wynik: pastwisko zostaje całkowicie zniszczone. Wszyscy tracą wszystko — w imię krótkoterminowego zysku jednostkowego.

Hardin twierdził, że wolny dostęp do zasobów wspólnych nieuchronnie prowadzi do ich wyczerpania. Wniosek: albo prywatyzacja, albo regulacja — coś, co ograniczy indywidualną chciwość w imię zbiorowego przetrwania.

Co to ma wspólnego z Partią Republikańską? Wszystko.

Environmental protestors with signs demand clean air near polluting factory.
A group of environmental activists march with signs demanding clean air and water, set against a backdrop of heavily polluting industrial smokestacks. This powerful image captures the urgency of early environmental movements.

III. Pastwisko polityczne

Wyobraźmy sobie inny rodzaj wspólnego pastwiska — nie ziemię, lecz demokratyczną przestrzeń publiczną: zaufanie obywateli do instytucji, normy obywatelskiego dyskursu, poczucie wspólnoty celów, lojalność wobec faktów i wzajemne uznawanie wyników wyborów. To jest zasób wspólny — rozwijany przez dekady, a nawet wieki, zależny od tego, że większość uczestników gry politycznej przestrzega pewnych niepisanych reguł.

Partia Republikańska w swojej formie tradycyjnej — od Eisenhowera po Busha — była integralną częścią tego ekosystemu. Rywalizowała z Partią Demokratyczną, niekiedy ostro, ale w granicach: uznawała wyniki wyborów, akceptowała orzeczenia sądów, kłóciła się o politykę podatkową i granice nie kwestionując samego istnienia wspólnej państwowości i demokratycznych procedur.

Donald Trump — i to jest serce tej diagnozy — wszedł na to pastwisko jak Hardinowski racjonalny rolnik maksymalizujący własny zysk: zorientował się, że można wypasać tu więcej niż inni, że normy są nieegzekwowalne, że nie ma żadnego strażnika, który by go powstrzymał. Kłamstwo jest darmowe. Delegitymizacja sądownictwa jest darmowa. Nazywanie wyborów sfałszowanymi kosztuje tyle, co tweeta. A zysk — polityczny, finansowy, narcystyczny — jest nieproporcjonalnie ogromny.

Ale Hardinowska tragedia nie polega na tym, że jeden rolnik jest chciwy. Polega na tym, że chciwość jest zaraźliwa strukturalnie. Kiedy jeden rolnik dodaje krowę i mu uchodzi, wszyscy inni muszą dodać swoje — bo w przeciwnym razie zostaną z tyłu. Dokładnie to przydarzyło się Partii Republikańskiej. Politycy, którzy na początku krytykowali Trumpa — Marco Rubio, Lindsay Graham, Ted Cruz, Nikki Haley — jeden po drugim przechodzili na jego stronę. Nie z przekonania, lecz ze strachu. Bo pastwisko zostało zajęte, a kto nie dołoży swojej krowy, zostanie stratowany przez elektorat, który za Trumpem idzie absolutnie i bezkrytycznie.

Sheep and cattle grazing near a village under stormy skies.
A vast flock of sheep and cattle grazes peacefully near a charming village, bathed in the dramatic light of a cloudy sky. Witness the timeless beauty of rural life.

IV. Transformacja: od partii konserwatywnej do kultu

W ciągu dekady Partia Republikańska przestała być partią polityczną w klasycznym sensie — organizacją posiadającą spójny program, ideologię i zdolność do samokorygowania się. Stała się czymś bliższym ruchowi religijnemu zorganizowanemu wokół osoby.

Psychologia polityczna zna ten mechanizm dobrze. W ruchach nacjonalistycznych istnieje tendencja do personalizacji władzy: lider nie reprezentuje programu, lecz jest programem. Jego cechy stają się cechami ruchu. Jego wrogowie stają się wrogami narodu. Jego bieda jest biedą ludu. Jego prześladowanie — prawdziwe lub wyimaginowane — jest prześladowaniem każdego wyborcy.

Trump, który sam jest człowiekiem milionowym i miliarderskim, skonstruował coś fascynującego z punktu widzenia psychologicznego: narrację ofiary wśród uprzywilejowanych. Biali robotnicy z Pensylwanii, farmerzy z Iowy, przedsiębiorcy z Teksasu — ludzie, którzy przez dekady czuli się pominięci przez globalizację, przez edukacyjne i kulturowe zmiany, przez poczucie, że coś im odebrano bez pytania — usłyszeli kogoś, kto mówił ich językiem bólu i nie przepraszał za to.

Ten fenomen nie jest nowy. Analiza Ericha Fromma zawarta w Ucieczce od wolności (1941) — napisanej w cieniu faszyzmu europejskiego — opisuje dokładnie ten mechanizm: kiedy człowiek czuje się bezradny wobec złożoności świata, oddaje wolność w zamian za pewność. Lider, który wskazuje wroga i obiecuje prostą zemstę, daje coś, czego liberalna demokracja z jej kompromisami, procedurami i niuansami nie umie dać: poczucie sensu i przynależności.

V. Wróg jako konstytucja

Klasyczna polityka konserwatywna miała program pozytywny: niskie podatki, silna armia, wolny rynek, wartości rodzinne, religijna tradycja. Można się z nim nie zgadzać — i miliony Amerykanów przez dekady się nie zgadzały — ale był to program dla czegoś. Dało się go mierzyć, analizować, krytykować w oparciu o fakty.

Trumpizm jest programem przeciwko. Jego treścią jest wskazanie wroga i nieustanne jego tropienie:

  • Imigranci zabierają pracę i niszczą kulturę.
  • Globaliści i finansiści z Wall Street niszczą Amerykę.
  • Chiny i Meksyk okradają Stany Zjednoczone od lat.
  • Deep State — tajemniczy rząd cieni — sabotuje prezydenta.
  • Media głównego nurtu kłamią i służą elitom.
  • Sędziowie są stronniczy i politycznie motywowani.
  • Wyniki wyborów, kiedy złe, są fałszowane.

Lista wrogów jest nieskończona i samoregenerująca. To jest kluczowa cecha ruchu, który — na poziomie teorii Hardina — wyczerpał pastwisko wartości wspólnych: kiedy nie ma już zasobów, które można uczciwie podzielić (bo zostały wyjałowione przez cynizm i brak realnej polityki), jedynym towarem, który pozostaje, jest gniew.

Gniew jest zasobem nieograniczonym. Im więcej go się zużywa, tym więcej go produkuje. Jest to jedyny zasób wspólny, który nie podlega tragedii Hardina — bo jego tragedią jest co innego: niszczy zdolność do budowania czegokolwiek trwałego.

Trump 2024 rally crowd, red hats, American flags, arena.
An enthusiastic crowd fills an arena, illuminated in red and blue, displaying strong support for the ‘Trump 2024’ campaign.

VI. Obietnice bez pokrycia: mechanizm psychologiczny

Przez obie kadencje prezydentury Trumpa (2017–2021 oraz od 2025) można zaobserwować wyraźny i powtarzalny wzorzec: obietnice, które nie zostają spełnione, są systematycznie zastępowane nowymi wrogami lub nowymi kryzysami, które odciągają uwagę od rachunku wystawionych wcześniej zobowiązań.

„Zbuduję mur i Meksyk za to zapłaci.” — Meksyk nie zapłacił. Mur nie powstał.
„Zastąpię Obamacare wspaniałym systemem zdrowotnym.” — Przez cztery lata nie powstał żaden projekt zastępczy.
„Sprowadzę przemysł z powrotem do Ameryki.” — Deficyt handlowy wzrósł w jego pierwszej kadencji do rekordowych poziomów.
„Wyeliminuję dług narodowy w ciągu ośmiu lat.” — Dług wzrósł o kilka bilionów dolarów.

Każda z tych niespełnionych obietnic mogłaby być politycznym końcem lidera w normalnym, funkcjonalnym systemie demokratycznym. W systemie ruchu religijnego staje się ona — paradoksalnie — testem wiary. Psycholodzy Leon Festinger, Henry Riecken i Stanley Schachter opisali w przełomowej książce When Prophecy Fails (1956) zjawisko, które obserwowali, infiltrując grupę apokaliptyczną: kiedy przepowiednia się nie spełniała, wyznawcy nie odchodzili — wręcz przeciwnie, wzmacniali swoją wiarę i intensyfikowali misję ewangelizacyjną. Odejście oznaczałoby przyznanie, że byli w błędzie przez lata. To jest zbyt bolesne psychologicznie, zbyt druzgocące dla poczucia własnej wartości.

Trump instynktownie — lub w sposób przez kogoś strategicznie zaprojektowany, trudno rozstrzygnąć — to rozumie. Każda klęska jest interpretowana jako sabotaż wroga. Mur nie powstał? Demokraci blokowali finansowanie. Przemysł nie wrócił? Chiny i globaliści sabotowali. Wyniki wyborów okazały się złe? Fałszerstwo na masową skalę. Odpowiedzialność jest zawsze gdzie indziej — jest strukturalnie niemożliwa do przypisania liderowi, bo lider jest jedynym, który walczy, więc wszelkie niepowodzenia są dowodem, że walka jest jeszcze bardziej potrzebna.

Jest to mechanizm klasycznego scapegoatingu — kozła ofiarnego — opisany przez René Girarda jako fundamentalny, antropologiczny mechanizm społeczny: wspólnota jednoczy się przez wspólne prześladowanie wybranego wroga, a w chwili, gdy jeden wróg przestaje wystarczać do utrzymania spójności grupy, pojawia się następny. Mechanizm jest autoteliczny — żywi się własną energią i nie potrzebuje zewnętrznego bodźca.

Reagan-Bush '80 campaign button, "Let's Make America Great Again.
A classic “Reagan-Bush in ’80” campaign button, featuring smiling portraits of Ronald Reagan and George H.W. Bush. It includes the iconic slogan “Let’s Make America Great Again.

VII. Nacjonalizm jako religia zastępcza

Obserwatorzy z zewnątrz — europejscy, a w szczególności polscy — często pytają ze zdumieniem: dlaczego ewangelikalni chrześcijanie, deklaratywnie przywiązani do wartości moralnych wywodzących się z nauki Chrystusa, tak masowo i lojalnie popierają człowieka, którego biografia jest niemal podręcznikową antytezą tych wartości?

Odpowiedź leży w fundamentalnym rozróżnieniu między religią jako treścią a religią jako strukturą. Trump nie dostarcza treści chrześcijańskiej — nie odwołuje się do Kazania na Górze, do miłosierdzia, do prawdomówności. Dostarcza natomiast struktury religijnej o niezwykłej sile oddziaływania:

  • Świętą narrację: Ameryka była niegdyś wielka, czysta i sprawiedliwa.
  • Upadek i grzech: globaliści, imigranci, liberałowie, media zniszczyli tę Arkadię.
  • Proroka: Trump — wybrany przez Boga, niezrozumiany, prześladowany — zna drogę powrotu.
  • Obietnicę zbawienia: Make America Great Again — powrót do stanu łaski.
  • Wroga / Antychrysta: w zależności od sezonu politycznego różne twarze.
  • Rytualną wspólnotę: wiece, czerwone czapeczki z daszkiem, flagi, pieśni, język wtajemniczenia.

Ta struktura jest psychologicznie satysfakcjonująca w sposób, jakiego liberalna demokracja ze swoim pluralizmem i niepewnością dać nie potrafi. Daje to, czego ludzie w epoce atomizacji i postmodernistycznego zamętu desperacko szukają: sens, przynależność i wyraźne granice między dobrem a złem.

W tym kontekście Partia Republikańska pod Trumpem nie jest już partią polityczną sensu stricto — jest Kościołem nacjonalistycznym. Jej dogmatem nie jest żadną konkretną polityką podatkową czy graniczną, lecz tożsamością: jestem prawdziwym Amerykaninem, a oni — nie.

VIII. Polska lekcja, czyli historyczne déjà vu

Znam ten zapach. W Polsce Prawo i Sprawiedliwość przez niemal dekadę (2015–2023) realizowało podobny model operacyjny: wskazywało wrogów (Niemcy, Unia Europejska, liberalne elity, tajemniczy Układ), dostarczało narrację ofiary (Polska przez lata była poniżana i okradana przez własne elity, które służyły obcym interesom), i utrzymywało władzę przez faktyczne transfery socjalne — program 500+, trzynasta emerytura — które były jednocześnie klientelizmem politycznym i autentyczną pomocą dla warstw dotychczas wykluczonych.

Jest tam jednak kluczowa różnica w porównaniu z Trumpem: PiS miało program. Miało deklarowaną ideologię katolicką i narodową, do której można było przyłożyć linijkę i ocenić stopień spójności. MAGA nie ma programu — ma wyłącznie siebie. Trumpizm nie jest ideologią, jest marką osobistą ubezwłasnowolnioną przez jedno ego.

Polska demokracja wykazała się w 2023 roku zdolnością do samoregeneracji — koalicja demokratyczna wygrała wybory parlamentarne w bezpośrednim starciu z partią, która przez osiem lat systematycznie demontowała instytucje. Odbudowa trybunałów, mediów publicznych i praworządności jest bolesna, powolna i pełna kompromisów. Ale trwa.

Ameryka stoi przed analogicznym pytaniem. Czy pastwisko demokratyczne zachowało wystarczająco dużo trawy, by odrosnąć?

Crowd waves Polish and EU flags celebrating democracy at night.
A jubilant crowd waves Polish and EU flags, celebrating democracy and a political victory on the streets of Warsaw. Their hopeful faces reflect a renewed spirit for the future.

IX. Epilog: nauka Ostrom i nadzieja w komunikacji

Hardin pisał, że tragedia pastwiska jest nieuchronna bez zewnętrznej regulacji lub prywatyzacji. Był to — jak się okazało — wniosek przedwczesny i empirycznie błędny. Elinor Ostrom, ekonomistka z Indiana University, pierwsza kobieta nagrodzona Nagrodą Nobla w dziedzinie ekonomii (2009), poświęciła dekady na badanie rzeczywistych wspólnych pastwisk, łowisk i zasobów wodnych na całym świecie. Odkryła coś, czego Hardin w swojej bibliotece źródeł nie zauważył: lokalne wspólnoty są zdolne do samoorganizacji bez prywatyzacji i bez państwowej regulacji. Warunek: przejrzyste reguły ustalane wspólnie, wzajemna komunikacja i zaufanie.

To jest odpowiedź na trumpizm, choć brzmi niepozornie i nie pasuje do retoryki politycznej żadnej ze stron: nie sądowa regulacja, nie kolejna partia opozycyjna z lepszym programem, lecz odbudowa sieci zaufania między obywatelami, którzy przestali ze sobą rozmawiać. Nie z Trumpem — lecz z jego wyborcami. Nie o kłamstwach, które Trump głosi — lecz o bólu, który eksploatuje.

Bo ból jest prawdziwy. Wróg jest wymyślony. I to jest serce każdego nacjonalizmu, który kiedykolwiek wyrósł z tragedii wspólnego pastwiska: autentyczne nieszczęście staje się paliwem dla fałszywego zbawienia, a fałszywe zbawienie, które nie przynosi ocalenia, generuje więcej nieszczęścia, które z kolei domaga się więcej zbawienia.

Koło się zamyka. Pastwisko jest wyjałowione. Ale trawa — historia obu naszych krajów zaświadcza — odrasta. Jeśli ktokolwiek da jej szansę.


Tekst jest esejem publicystycznym, opracowałem go korzystając z pomocy AI z dostępem do:

  • Garrett Hardin, „The Tragedy of the Commons”, Science, 13 grudnia 1968
  • Elinor Ostrom, „Governing the Commons: The Evolution of Institutions for Collective Action”, 1990
  • Erich Fromm, „Escape from Freedom” [Ucieczka od wolności], 1941
  • Leon Festinger, Henry W. Riecken, Stanley Schachter, „When Prophecy Fails”, 1956
  • René Girard, „La Violence et le Sacré” [Przemoc i sacrum], 1972
  • Hannah Arendt, „The Origins of Totalitarianism” [Korzenie totalitaryzmu], 1951
  • Robert Paxton, „The Anatomy of Fascism” [Anatomia faszyzmu], 2004

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.