Dark, silhouetted figures confront a person holding a dagger.

Od Troi do Lanki: Matt Damon i Rama w tym samym dramacie

Wciskamy się w te wysiedziane, pachnące tanim popcornem fotele kinowe (to nie jest przenośnia, czasem cuchną). I wcale nie po to, by dotknąć metafizyki. Robimy to w akcie rozpaczliwej reanimacji własnego gustu – żeby udowodnić sobie, że wielka, celuloidowa narracja potrafi jeszcze spuścić łomot algorytmom Netflixa, skrojonym pod tętno bezrefleksyjnego konsumenta. 

Szukamy tam minutowej iluzji człowieczeństwa, ta najnowsza trwała 2 godziny i 52 minuty. Wyłapujemy chciwie z ekranu patetyczne frazy: „So that means history will remember Odysseus because history forgets nearly everyone else”. (Historia zapamięta Odyseusza tylko dlatego, że zapomina o niemal wszystkich innych). I nagle wszystko staje się jasne. To nie jest opowieść o moralnej wyższości bohatera. To bezlitosny demontaż wojennego mitu. Pacyfizm, którego nam dziś tak brakuje.

Movie set with large camera, crew, and costumed actors outdoors.
Step onto the set of a grand production as a large IMAX camera captures two actors in period costumes amidst a busy crew. This epic outdoor shoot brings a cinematic vision to life.

Historia zapamiętała wielkiego stratega tylko dlatego, że najpierw bezwzględnie wymazała z rejestrów tysiące bezimiennych żołnierzy. Tych, którzy musieli wykrwawić się w piachu, by ten jego słynny plan, no wiecie przecież który, ten z Koniem Trojańskim, przyniósł upragnione zwycięstwo. Pamięć historii jest wybiórcza, reszta to tylko robiona na zimno statystyka strat.

Potem wracamy do domów, czasem otwieramy książki i równie szybko zapominamy o prawdach, które rzekomo miały nas ocalić. Bezradnie dryfujemy w stronę diagnozy, którą Nick Cave wyśpiewał w 1997 roku – bo w 1977 tłukł się przecież jeszcze w post-punkowych australijskich garażach, zanim dojrzał do tego wisielczego romantyzmu. Wyśpiewał mianowicie to, że „People Ain’t No Good” (Ludzie po prostu nie są dobrzy).

A skoro już mowa o muzyce, to ta w najnowszym filmie Nolana jest po prostu przytłaczająca. Wylewa się z każdej przestrzeni, z każdej najmniejszej szpary w jaskini w której uwięzieni są żołnierze, ciasnych otworów przez które dodatkowo wpada nieco światła. Jedynym godnym porównaniem, jakie mi teraz przychodzi do głowy, jest Duna, ale o tym może innym razem. 

Man with beard and woman in head covering in arid landscape.
A rugged figure and a resolute woman stand in a stark landscape, seemingly from a bygone era.

W każdym razie ten dźwiękowy świat najnowszego „Odyseusza” jest nierozerwalną częścią obrazu. Obraz bez tych dźwięków nie byłby taki, jakim go zapamiętałem, wciśnięty w ten cholerny kinowy fotel.

Choć ta cała kulturowa biblioteka pęka w szwach, a po nas zostanie tylko cyfrowy śmietnik i jeszcze większa sterta zadrukowanego papieru, to wciąż szukamy tekstu, który przeora naszą biografię jak najcięższy tępy pług. Tyle że ten pług zawsze idzie w tę samą stronę. 

Jeśli dzieciak wychodzi z kina rozpalony mitem herosa, który samym wzrokiem posyłał potwory do piachu, a dwadzieścia lat później zakłada drogi garnitur i z chłodną, cyniczną satysfakcją wyżyna swoich politycznych oponentów, to nie ma w tym żadnego przełomu. To tylko ten sam zgrany, stary skrypt. Kolejna powtórka z historii, która od wieków cierpi na permanentny brak kreatywności.

Bo widzicie, mylą się ci, którzy w przypływie naiwności twierdzą, że to algorytmy mediów społecznościowych wyprały nam mózgi, wpędzając nas w ten cyfrowy autyzm. One nie stworzyły naszej głupoty – one z bezduszną precyzją dokończyły dzieła . Zrobiły to z zapałem, którego mogłaby im pozazdrościć ta cała armia współczesnych „pracowników” korporacyjnych ołtarzy, etatowych funkcjonariuszy nowej, świętej inkwizycji. Tych wszystkich gorliwych strażników jedynej słusznej narracji, którzy z identycznym, bezrefleksyjnym błyskiem w oku – kiedyś pod znakiem krzyża, dziś z logotypem partii w klapie – znoszą chrust pod stosy dla każdego, kto odważy się myśleć poza wyznaczonym arkuszem kalkulacyjnym. 

Lone warrior confronts armored giants in a snowy, mystical forest.
One warrior stands against an imposing army of towering, armored figures in a desolate, snowy landscape. Will courage alone be enough to face such overwhelming odds?

Kiedy dziś wpatrujemy się w te piętnastosekundowe, migające spazmy na ekranach telefonów, wpadając w dopaminową pętlę, robimy dokładnie to samo, co robiliśmy od wieków – uciekamy. Naukowcy nazywają to deficytem uwagi, spadkiem funkcji wykonawczych czy „brain rot”. Widzą na skanach EEG, że tracimy zdolność do posługiwania się własnym umysłem w sposób rozwojowy. Posłusznie wyciągamy z kieszeni własne wyroki i odpalamy je w geście poddaństwa i zaczynamy przypominać obłąkane ćmy, lecące do najbliższego, trupiego światła.

Ale to przecież wciąż ta sama nasza stara, dobra panika przed pustką. Zanim dostaliśmy smartfony, mieliśmy religię – tę zinstytucjonalizowaną, urzędniczą, skrojoną pod pierwotne lęki tłumu. Ona też genialnie dbała o to, żebyśmy przypadkiem nie spojrzeli w przepaść zbyt szeroko. Wciskała nam wszechświat przez dziurkę od klucza jakiegoś lokalnego dogmatu, żebyśmy nie zwariowali od nadmiaru prawdy. Dzisiaj religijny dogmat zastąpił bezmyślny doomscrolling, ale efekt jest ten sam – ślepniemy na własne życzenie.

I nagle, w sam środek tego mentalnego marazmu, wjeżdża Christopher Nolan ze swoim nowym Odyseuszem (2026). A my znów dajemy się nabrać na magię kina. Chłoniemy siedemdziesięciomilimetrowe kadry IMAX-a, przez ponad dwie godziny siedzimy na dupie, gdy Matt Damon z uporem maniaka próbuje wrócić do wyimaginowanej Itaki. 

Choć to wszystko jest obłędnie piękne, pod spodem niezmiennie pulsuje stara kalka. Wystarczy zdrapać trochę greckiego tynku, żeby zobaczyć pulsujące żywym kolorem, staroindyjskie freski z Ramajany. Choć to ten sam stary skrypt.

Spójrzcie na ten teatr cieni. Odyseusz i Rama to ci sami znużeni faceci, uwięzieni w tym samym kosmicznym dowcipie. Królowie-tułacze, wyrwani ze swojego luksusowego status quo, obciążeni fatum. Muszą przez całe dekady brodzić we krwi, by udowodnić obojętnym bogom, że mają prawo do własnego kawałka podłogi. Grecy nazywali to obroną oikos, Hindusi odzyskiwaniem dharmy. W gruncie rzeczy to ta sama nieudolna próba posklejania roztrzaskanego świata.

A kobiety? Penelopa i Sita to żywe archetypy oblężonej twierdzy w świecie testosteronowych brutali. Sita ląduje w niewoli u demona, Penelopa jest zakładniczką we własnym salonie. Obie tkwią w imadle, grając na zwłokę na krawędzi przetrwania, podczas gdy ich mężowie uganiają się po oceanach, zmagając się z kryzysem wieku średniego.

Zalotnicy w Itace to z kolei wielogłowy, zbiorowy Rawana. Arogancka, napalona na cudzą własność banda uzurpatorów. I tak samo, jak w przypadku króla demonów z Lanki, ich los jest z góry przypieczętowany rzezią. Do tego dochodzą lojalni pomocnicy: bóg Hanuman oddający hołd Ramie i Atena, która nie potrafi zostawić Odyseusza w spokoju.

Te zbiegi okoliczności walą nas między oczy. Ostateczny test tożsamości? Turniej o łuk. Rama łamie boski łuk Śiwy. Odyseusz, przebrany za cuchnącego żebraka, posyła strzałę przez ucha toporów. Do tego wszystkiego, jak w dobrej masali, groteskowe lata błądzenia – leśne wygnanie i morskie sztormy. Walki z nieludzkim absurdem: cyklopi, syreny, rakszasy i czarna magia. 

I na koniec ten nieuchronny, lepki od juchy finał. Totalna eksterminacja. Rama zrównuje z ziemią Lankę z armią wściekłych małp. Odyseusz zatrzaskuje drzwi sali biesiadnej i urządza rzeźnię zalotnikom. Krew zmywa chaos, podłoga lśni, ale czy to przynosi komukolwiek ukojenie?

Rama battles ten-headed Ravana in ancient mythological war.
Witness the intense battle between Lord Rama and the ten-headed demon king Ravana, a legendary confrontation from the Ramayana. This epic struggle between good and evil unfolds amidst a fiery war.

Można by naiwnie pomyśleć, że Homer i Walmiki musieli się jakoś zdzwonić. Guzik prawda. Odpowiedź leży znacznie głębiej, w gnijących trzewiach naszej zakompleksionej cywilizacji. Tysiące lat temu, na mroźnych stepach Eurazji, nasi praindoeuropejscy przodkowie marzli przy tych samych ogniskach. Dzieliliśmy tę samą pierwotną grozę istnienia. 

Opowieści o bohaterze, demonach i wiernej żonie to genetyczna matryca. Carl Jung wiedział, co mówi, gdy bredził o nieświadomości zbiorowej. Te mity to nasze zbiorowe majaki. Homer i Walmiki byli cholernie dobrymi psychoterapeutami podświadomości. Skonstruowali lustra, w których ludzkość przegląda się od wieków, widząc wciąż to samo – swój własny, pokręcony archetyp walki.

I wiecie co? Ten przebiegły reżyser Nolan doskonale o tym wie. Pamiętacie ten bezczelny moment w Oppenheimerze, gdy Cillian Murphy – w samym środku intymnego, łóżkowego uniesienia – recytował święty fragment Bhagawadgity: „Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów”? Kiedyś, w moich naiwnych latach młodzieńczego optymizmu, wstałbym i bił mu brawo za odwagę. Dzisiaj chce mi się z tego tylko gorzko śmiać. Wsadził to w taki moment, że całe Indie zagotowały się ze wściekłości, hucząc od plotek i przyrównując ten zuchwały wybryk do najgorszych, obrazoburczych profanacji wymalowanych na watykańskich ścianach. Ludzie oburzali się tak, jakby wciąż wierzyli w jakąś świętość. A to wcale nie był tani estetyczny fikołek. Nolan ma po prostu mroczną obsesję na punkcie wschodniego fatalizmu. Dotarło do niego – tak samo jak powoli dociera i do mnie – że to wszystko nie ma już żadnego znaczenia. Jesteśmy skończeni. On już rozumie, że niezależnie od tego z jak wielkimi ideałami na sztandarach ruszamy w świat: czy bohatersko rozszczepiamy atom, czy strzelamy z łuku do intruzów we własnym domu – ostatecznie i tak nikt nam nie wybaczy. Prędzej czy później przyjdzie nam spłacić rachunek wystawiony przez tępą, bezlitosną karmę. I nikt, absolutnie nikt, nam go nie umorzy.

Dlatego tak łatwo odnajdujemy w tych historiach naszą codzienność. Dziwimy się Odyseuszowi, że błądził dekadę. A spójrzmy na nas. Dzisiaj, bez pulsującej kropki na ekranie telefonu, nie potrafimy trafić do własnej sypialni. Zapomnieliśmy, jak wbijać gwoździe i jak czytać złożone zdania. Odyseusz potrafił zbudować statek z byle czego. Nas powala na kolana brak zasięgu LTE.

Zostaje więc tylko obezwładniające poczucie beznadziei. Zastanawiamy się, czy rozpalenie trojańskiego ognia w imię ambicji, dumy i zdrady nie było po prostu otwarciem bram do piekła. Bram, których nie potrafimy zamknąć. I tu docieramy do ściany. Do najczarniejszego żartu ewolucji i diagnozy, która wybrzmiewa dzisiaj jako ciche, desperackie echo tej całej tysiącletniej tułaczki. 

Matt Damon as a bearded warrior in armor with a dagger.
Matt Damon portrays a formidable warrior, armored and ready for battle with an intense gaze. He stands against a backdrop of ancient ships and indistinct figures.

Świat bez ludzi to świat pozbawiony duchowego wymiaru i celu. Ale czy na pewno? 

Kiedy patrzymy na Odyseusza – na te miliony bezimiennych trupów zmielonych dla wygody strategicznego mitu; gdy patrzymy na rzeź na dworze w Itace i spalone wieże Lanki… Może postulat VHEMT* wcale nie jest ucieczką. Może to ostateczne, bolesne przebudzenie z amnezji.

Może człowiek faktycznie nie jest w stanie naprawić swoich błędów. Może ten genetyczny skrypt zdrady, krwi i brutalnego egoizmu jest w nas wdrukowany tak głęboko, że nigdy nie nauczymy się żyć w harmonii z naturą. Zamiast tego będziemy wciąż, cyklicznie, palić kolejne Troje i zarzynać własnych sąsiadów? 

Brama piekła, raz otwarta, wciąż stoi otworem. A my, z całym naszym sztucznym, przerośniętym intelektem, powoli dojrzewamy do najtrudniejszego wyroku: że jedynym uczciwym sposobem, by uratować ten świat, nie jest ratowanie nas samych. Jedynym sposobem jest nasze powolne, dobrowolne i ciche zniknięcie. No cóż ale to też już może było i stanowi kolejną kalkę?

* Mowa o Ruchu na rzecz Dobrowolnego Wymarcia Ludzkości (VHEMT).

2 Comments

  1. Nieźle.
    Vehemently.
    No cóż. Są Takie poranki, kiedy myślę, że być może tak właśnie przyjdzie nam konać, nie wrzaskiem a raczej skomleniem. Potem mija dzień I przypatruję się tym młodym, prawdziwym Odyseuszom. Wierzą w jutro, są twórczy. Istnieją z nadzieją. Dlatego, nadmiar prawdy im I mnie też nie doskwiera. Należy jeść z umiarem.
    Zwłaszcza w niebotycznie pięknych górach. O tym też śpiewa Nick lat 90 tych.

    Jak zawsze, dziękuję za te slows o od Ciebie.

    • Widzisz, ten potworny konformizm, ta bezmyślna uległość pokoleń… Ci wszyscy zadowoleni z siebie ludzie, którzy z zachwytem dają się pieprzyć w zadek przez rzekomo świątobliwych motocyklistów popkultury i wrzeszczą przy tym z czystej uciechy – to wszystko otacza nas w tym kraju jak gęsty dym. I to jest w tym najgorsze: naprawdę niewielu to w ogóle zauważa. Tam, gdzie Ty chcesz widzieć w tych młodych „prawdziwych Odyseuszów”, ja widzę po prostu obłęd. Widzę system niszczący umysły, sterylizujący je z prawdy i zmuszający do istnienia w trybie sztucznej, naiwnej nadziei.

      Wspominasz o Nicku. Tak, lata 90. miały swój romantyczny mrok. Ale dzisiaj potwornie smutno słucha się Cave’a, tego wypranego ze wszystkiego po stracie syna. To już nie jest brawura, to jest namacalny, porażający ból, który idealnie zamyka się w tym, o czym sama napisałaś – konaniu bez wrzasku, w cichym, przepełnionym rozpaczą skomleniu.

      Dlatego doceniam to, co piszesz. Twoja nadzieja jest naprawdę wielka. Wysoka, monumentalna i czysta, zupełnie jak te niebotycznie piękne góry, w które uciekasz z chłopakami.

      Obawiam się jednak, moja droga przyjaciółko, najgorszego. Że kiedy już po morderczej wspinaczce dotrzecie z chłopakami na sam szczyt, głęboko wierząc, że złapaliście wiatr i pokonaliście absurd tego świata… chmury nagle się rozstąpią. A Waszym oczom ukażą się góry jeszcze wyższe. Bardziej strome i lodowate. I dotrze do Was, że ta cała wspinaczka nie ma końca, a ostateczny szczyt z obiecującym spokojem był tylko kolejną iluzją.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.