[vc_row][vc_column][vc_custom_heading text=”Nie zwykłem pisać o śmierci, ok, czasem to mi się zdarza. Rozglądam się więc dookoła, nadsłuchuje kroków, kiedy przyjdzie po mnie. Paradoksalnie dziś napiszę o fotografowaniu, może nie tak do końca. Leszek Opiola nie żyje. Tak, to prawda.” font_container=”tag:h4|text_align:left|color:%231764c8″ use_theme_fonts=”yes” css=”.vc_custom_1706293346841{padding-bottom: 25px !important;}”][vc_row_inner content_placement=”top” css=”.vc_custom_1532021925923{margin-top: 0px !important;margin-bottom: 0px !important;padding-bottom: 5px !important;}”][vc_column_inner width=”1/5″][cesis_post_info i_date=”yes” i_sep=”yes” pi_color=”#819fc6″ margin_top=”-10″ margin_bottom=”35″][/vc_column_inner][vc_column_inner width=”4/5″][cesis_line_divider pos=”cesis_line_d_left” height=”5″ width=”full” color=”#819fc6″ margin_bottom=”25″][/vc_column_inner][/vc_row_inner][/vc_column][/vc_row][vc_row][vc_column][vc_column_text]Wśród wielu rodzajów fotografii jest i ta, która gra. Oczywiście to taka przenośnia.
Słuchając dziś nagrań tzw. muzycznych dinozaurów lub po prostu, tego co było na muzycznym topie w minionych latach, a przy okazji mając choć trochę muzycznego smaku, mogę usłyszeć, że w przeciągu tych 40, a może nawet 50 lat, dokonał się olbrzymi postęp techniki, wielki przełom, który — teraz to zabrzmi głupio — przyczynił się jednocześnie do zamordowania muzyki. Do bardzo podobnego wniosku mogę dojść, oglądając fotografie, kogoś takiego jak Francesca Woodman i porównując je do pstryków wykonanych przez “młodych gniewnych” z cyfrowym aparatem w ręku, promujących się natarczywie na internetowych forach.
Fotografia żyje tak długo, na ile pozwolił jej twórca, wlewając w nią uczucie i serce. Tworząc ją, początkowo w swojej głowie, a później przenosząc na kliszę lub cyfrową matrycę /nigdy odwrotnie/. Czyli z tych wielkich słów, już teraz pisząc mniejszymi literkami, mogę opisać to w ten sposób: tak długo jak fotografujący ma szacunek do fotografowanego, tak długo jest szansa na zrodzenie się prawdziwej fotografii i zaiskrzenia. Kropka. Mam tu na myśli to, co kiedyś, zatytułowałem: „Nie musisz koniecznie pojawić się na koncercie, zobaczyć i usłyszeć wspaniałą muzykę, by być zachwyconym!”
Leszka, poznałem troszeczkę jak rok temu, czternastego czerwca. Miał tu swoją wystawę. Wystawę zdjęć muzycznych, z koncertów, bluesowych koncertów. Muzyków żyjących i tych, którzy odeszli. Na ścianach Dreambox Gallery u Iwony, niczym stalowe kule, ciężko, zawisły duże formaty cyfrowych zdjęć. Podchodziłem do nich z pewną rezerwą. Łatwo było mi wyłowić z tłumu ich autora, zdecydowanie trzymał się na uboczu. Do Stanów przyleciał pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy w Polsce dogorywał socjalizm, a John Lee Hooker zdobywał sławę nowym albumem “The Healer”, Eric Clapton szykował się do pamiętnego występu z grupą „Cream” i „Blues Breakers”. Wtedy zamieszkał na Manhattanie, na East Village, gdzie jego mieszkanie szybko stało się miejscem spotkań ówczesnych kontestatorów.
W życiu dokonujemy wyborów każdego dnia, takich małych i skromnych, lecz czasem to one biorą “władzę w swe ręce”, jak zwykło się mówić, i przejmują kontrolę nad tym co będzie się z nami działo potem. Skupił się na bluesie. Na muzyce. Na spotkaniach z artystami. Na wspomnieniach. Z szacunkiem wspominam wymienione słowa, uwagi… Dla wielu przyjaciół to strata, nie do wypełnienia, dla jeszcze wielu, to moment niewysłowionego zdziwienia: dlaczego? Wracał do Chicago w poszukiwaniu muzycznych tropów, muzycznych inspiracji. W tej bardzo ważnej, polskiej bluesowej części, historii miasta, znalazł to, czego poszukiwał od lat. Dziś, mieszkając w Chicago, wracam do Leszka, po raz ostatni…
[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row][vc_row][vc_column][vc_column_text]post body[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row]





[*]
dzieki…
[…] Leszek Opiola nie żyje […]