Leszek Opiola nie żyje

Nie zwykłem pisać o śmierci, ok, czasem to mi się zdarza. Rozglądam się więc dookoła, nadsłuchuje kroków, kiedy przyjdzie po mnie. Paradoksalnie dziś napiszę o fotografowaniu, może nie tak do końca. Leszek Opiola nie żyje. Tak, to prawda.

Wśród wielu rodzajów fotografii jest i ta, która gra. Oczywiście to taka przenośnia.

Słuchając dziś nagrań tzw. “muzycznych dinozaurów” lub po prostu, tego co było na muzycznym topie w minionych latach, a przy okazji mając choć trochę muzycznego smaku, mogę usłyszeć, że w przeciągu tych 40, a może nawet 50 lat, dokonał się olbrzymi postęp techniki, wielki przełom, który – teraz to zabrzmi głupio – przyczynił się jednocześnie do zamordowania muzyki. Bardzo podobny wniosek mogę wyciągnąć oglądając fotografie, kogoś takiego jak Francesca Woodman i porównując je do pstryków wykonanych przez “młodych gniewnych” z cyfrowym aparatem w ręku, promujących się natarczywie na internetowych forach.

Fotografia żyje tak długo, na ile pozwolił jej twórca, wlewając w nią uczucie i serce. Tworząc ją, początkowo w swojej głowie, a później przenosząc na kliszę lub cyfrową matrycę /nigdy odwrotnie/. Czyli z tych wielkich słów, już teraz pisząc mniejszymi literkami, mogę opisać to w ten sposób: tak długo jak fotagrafujący ma szacunek do fotografowanego, tak długo jest szansa na zrodzenie się prawdziwej fotografii i zaiskrzenia. Kropka. Mam tu na myśli to, co kiedyś, zatytułowałem: “Nie musisz koniecznie pojawić się na koncercie, zobaczyć i usłyszeć wspaniałą muzykę, by być zachwyconym!”

Leszka, poznałem troszeczkę jak rok temu, czternastego czerwca. Miał tu swoją wystawę. Wystawę zdjęć muzycznych, z koncertów, bluesowych koncertów. Muzyków żyjących i tych, którzy odeszli. Na ścianach Dreambox Gallery u Iwony, niczym stalowe kule, ciężko, zawisły duże formaty cyfrowych zdjęć. Podchodziłem do nich z pewną rezerwą. Łatwo było mi wyłowić z tłumu ich autora, zdecydowanie trzymał się na uboczu. Do Stanów przyleciał pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy w Polsce dogorywał socjalizm, a John Lee Hooker zdobywał sławę nowym albumem “The Healer”, Eric Clapton szykował się do pamiętnego występu z grupą “Cream” i “Blues Breakers”. Wtedy zamieszkał na Manhattanie, na East Village, gdzie jego mieszkanie szybko stało się miejscem spotkań ówczesnych kontestatorów.

W życiu dokonujemy wyborów każdego dnia, takich małych i skromnych, lecz czasem to one biorą “władzę w swe ręce”, jak zwykło się mówić, i przejmują kontrolę nad tym co będzie się z nami działo potem. Skupił się na bluesie. Na muzyce. Na spotkaniach z artystami. Na wspomnieniach. Z szacunkiem wspominam wymienione słowa, uwagi… Dla wielu przyjaciół to strata, nie do wypełnienia, dla jeszcze wielu, to moment niewysłowionego zdziwienia: dlaczego? Wracał do Chicago w poszukiwaniu muzycznych tropów, muzycznych inspiracji. W tej bardzo ważnej polskiej części bluesowej historii miasta, znalazł to, czego poszukiwał od lat. Dziś, mieszkając w Chicago, wracam do Leszka, po raz ostatni…

1

FB comments:

Comments 3