Nie zauważyliście? Nie mam o to pretensji — trudno cokolwiek zauważyć, kiedy się scrolluje.

Samotność na ławce jako metafora cyfrowej izolacji w dobie “martwego internetu”.
W 2024 roku całkowity ruch generowany przez boty w sieci przekroczył ruch ludzki. Pięćdziesiąt jeden procent. Dwa lata później — pięćdziesiąt siedem i pół. Sześć na dziesięć kliknięć w globalnym internecie nie pochodzi od istoty, która oddycha, śni, czyta ten tekst i boi się śmierci. Statystycznie Internet przestał być ludzki, my jesteśmy w nim mniejszością etniczną, która jeszcze nie zdaje sobie sprawy z własnego wydziedziczenia.
Pisałem już o tym wielokrotnie. W jednym z ostatnich wpisów Algorytm z The Wall porównywałem nas do nauczyciela z „The Wall” Pink Floyd — tego, który wraca do domu i dostaje na talerz papkę, a żona ruchem palca daje do zrozumienia: masz to zjeść, innego nie będzie. Algorytm jest tą żoną. Feed jest tą papką. A my? My jesteśmy święcie przekonani, damy się za to pokroić, że to, co przełykamy, wybraliśmy samodzielnie.
W tamtym poście, porównywałem się także do Roya Batty’ego z „Blade Runnera” — kogoś, kto pamięta narodziny komputerów 8-bitowych, rzemiosło składu tekstu, ciszę bibliotek, czas, gdy wiedza wymagała wysiłku. Te wspomnienia są dzisiaj tak samo egzotyczne jak słowa „…in my eyes watching stars fight on the shoulder of Orion…”. I tak samo skazane na zagładę.

A perfect candid street photography shot in monochrome.
Tamte metafory okazały się za słabe. Rzeczywistość je przegoniła.
Teoria martwego internetu została powołana do życia gdzieś w 2021 roku jako anonimowy post na jednym z niszowych forum. Brzmiała jak bzdura. Pięć lat później naukowcy ze Stanford i Imperial College London potwierdzili, że ponad jedna trzecia nowo publikowanych stron powstaje z udziałem AI, a prawie osiemnaście procent (sic!) nie ma w sobie ani jednego ludzkiego zdania. Sam Altman (OpenAI) przyznaje publicznie, że taki problem istnieje. Ohanian z Reddita mówi o „przytłaczającej liczbie kont prowadzonych przez LLM-y”.
Martwy internet nie oznacza, że sieć jest pusta. Otóż oznacza, że umarła w niej autentyczność i nikt nie urządził pogrzebu.
Nie ma w tym internecie użytkowników. Są za to monetyzowane odruchy.
Algorytm, który decyduje, co widzisz w META feedzie, wycenia Twoją reakcję „Wściekłość” pięciokrotnie wyżej niż „Lubię to” — bo gniew generuje dłuższe sesje, a dłuższe sesje generują przychody. Dziesięć procent tych przychodów ! szesnaście miliardów dolarów rocznie ! pochodzi z reklam oszustów, które platforma świadomie toleruje, bo jej wewnętrzne wytyczne zabraniają interwencji obniżających wpływy o więcej niż ułamek procenta. Kiedy Rafał Brzoska — twórca InPostu — przez dwa lata walczył z tysiącami deepfake’owych reklam kradnących jego wizerunek i niszczących życie jego rodzinie, META zarabiała na każdym wyświetleniu i odrzucała zgłoszenia. Gdy publicznie wymienił z nazwiska odpowiedzialnych — zablokowała mu konto. Deepfake’i z kajdankami spełniały standardy. Krytyka korporacji — nie.

Technology seamlessly integrates into modern education, even for those in traditional uniforms.
To nie jest historia o Brzosce. To jest historia o tym, że w martwym internecie człowiek nie jest użytkownikiem — jest surowcem. Jego uwaga jest wydobywana, jego emocje są przetwarzane, a produkt końcowy trafia na giełdę reklamową, gdzie kupuje go każdy, kto zapłaci — łącznie z oszustami.
Facebook — sto czterdzieści milionów fałszywych kont, ale prawdziwym dramatem są żywi ludzie udostępniający obrazki z Midjourney z podpisem „mój dziadek to namalował”, którzy dzielą się czułostkowymi obrazkami „Napisz amen jeśli kochasz swoją mamę” i mylą algorytmiczną bańkę ze światem.
Instagram — galeria nieistniejących żyć. Syntetyczni influencerzy bez ciał. Filtry symulujące twarze, które nigdy nie istniały. Ludzie przegrywający wyścig z fikcją, której nikt nie stworzył i nikt nie może wygrać.
TikTok — najdoskonalsza maszyna dopaminowa w dziejach gatunku. Piętnaście sekund to nie format, to czas, w którym mózg nie zdąży uruchomić refleksji. Algorytm reaguje nie na to, czego chcesz, lecz reaguje na to, przy czym zatrzymujesz palec. To nie preferencja. To odruch bezwarunkowy, eksploatowany za dolara czterdzieści za tysiąc wyświetleń.
X — dwadzieścia procent kont to boty. Arena, w której prowokacja jest walutą, a ludzie uczą się zachowywać jak maszyny, bo zachowanie maszyn „działa”.
Schemat jest wszędzie ten sam: algorytm serwuje → boty pompują → użytkownik naśladuje to, co „popularne”, czyli syntetyczne. Kiedyś nazwałem to pogonią za pustką. Dziś powiem prościej: to trucht na bieżni w pustym pokoju w czterech ścianach, jak w laboratorium.

A perfect day for casual relaxation and connection.
A teraz to, o czym naprawdę chciałem dziś napisać.
Każdy mem działa jak jednorazowa strzykawka. Trafia w ten obszar mózgu, który odpowiada za poczucie nagrody — ten sam, który aktywuje się przy wygranej w grze, przy czekoladzie, przy pocałunku. Wytrysk dopaminy — neuroprzekaźnika, który na ułamek sekundy mówi ci: „tak, to było dobre” — trwa od trzech do dziesięciu sekund. Potem znika. I mózg chce następnego.
Platformy społecznościowe wykorzystują dokładnie ten sam mechanizm, który sprawia, że hazard uzależnia. Nie każdy mem jest trafny, nie każdy post zbiera reakcje — i właśnie ta nieprzewidywalność czyni scrollowanie kompulsywnym. Dopamina wydziela się nie wtedy, gdy dostajesz nagrodę, lecz w oczekiwaniu na nią. Kciuk przesuwa się po ekranie dokładnie tak, jak dłoń ciągnie rączkę jednorękkiego bandyty — nie dlatego, że ostatni rzut wygrał, lecz dlatego, że następny mógłby.
A potem przychodzi rachunek.
Kiedy nagroda nie nadchodzi — post bez reakcji, komentarz utopiony w nicości — w mózgu aktywuje się obszar, który reaguje na ból fizyczny. Ten sam, który uruchamia się, gdy ktoś cię uderzy. Odrzucenie w sieci boli — dosłownie, mierzalnie, neurologicznie. Rośnie poziom kortyzolu — hormonu stresu, tego samego, który zalewa organizm w sytuacji zagrożenia. Sięgasz po telefon, szukając ulgi. Znajdujesz ją — na trzy sekundy. Potem stres wraca, silniejszy niż poprzednio.
Badacze ze Stanford i Amen Clinics zmierzyli cenę tego cyklu: mózg człowieka, który intensywnie scrolluje, fizycznie traci tkankę w obszarze odpowiedzialnym za hamowanie impulsów i podejmowanie decyzji. Powoli, organicznie, mierzalnie — traci zdolność powiedzenia „stop”.
Gdyby tylko istniał odpowiedni język by jakoś to nazwać, ten behawioralny wyzysk ludzkiego systemu nerwowego.

I wreszcie — rzecz, o której mówi się najciszej.
Wielkie modele językowe — ChatGPT, Claude, Gemini i dziesiątki innych — trenowane były na tym, co ludzkość napisała przez wieki. Na Szekspirze, na artykułach naukowych, na blogach pasjonatów piszących o fizyce kwantowej o trzeciej w nocy, bo nic innego nie dawało im takiej radości. Dlatego na początku budziły podziw — stały na ramionach gigantów.
Ale dziś trzydzieści do czterdziestu procent nowej zawartości sieci to teksty wyprodukowane przez te same maszyny. I tu zaczyna się problem, który powinien spędzać sen z powiek każdemu, kto jeszcze używa internetu do szukania prawdy.
Następne pokolenia modeli uczą się na internecie. Ale internet jest już zalany tekstami poprzednich pokoleń modeli. Model uczy się od modelu, który uczył się od modelu, który uczył się od modelu. Naukowcy z Oxfordu i Cambridge opisali to zjawisko w prestiżowym piśmie „Nature” i nadali mu nazwę: model collapse — rozpad modelu. Ja nazywam to prościej: cyfrowy inbred. Bo mechanizm jest identyczny — zamknięta pula, brak świeżej krwi, nieuchronna degeneracja.
Co się dzieje? Najpierw giną rzeczy rzadkie: nietypowe punkty widzenia, oryginalne pomysły, dziwactwa, które czyniły ludzkie myślenie — ludzkim. Zostaje gładka, poprawna średnia. Potem ginie i ta średnia — model dryfuje w stronę monotonii, jałowości, a w końcu bełkotu. Jak uroboros, który pożerał się tak długo, aż została z niego pusta skóra.
A ponieważ miliardy ludzi bierze to, co te modele produkują, za rzetelną wiedzę — rozpad maszyny staje się rozpadem ludzkiego rozumienia świata. AI głupieje, karmiąc się sobą. My głupiejemy, karmiąc się nią. Zamknięta pętla, w której nikt już nie wie, gdzie był początek — i nikt nie pyta, bo odpowiedź i tak napisałby bot.

Their infectious enthusiasm brings life to this beautiful outdoor setting.
Pochylam się nad tym tekstem i nie mam złudzeń.
Dawny internet — ten gęsty las ścieżek wydeptanych przez pasjonatów, samotników i cyfrowych radykałów — zamienił się w plantację identycznych drzew wygenerowanych przez tę samą maszynę. A my spacerujemy po niej, przekonani, że to wciąż las. Tymczasem właściciel plantacji monetyzuje każdy nasz krok — i siedemdziesiąt trzy procent zgłoszonych oszustw nawet nie jest usuwane, bo usunięcie boli bilans bardziej niż oszustwo boli człowieka.
Ktoś udostępni ten felieton, dopisze emoji ognia i pójdzie dalej — palec już się przesuwa, algorytm już podsunął następną porcję papki.
Nikt nam nie musiał odbierać internetu siłą. Oddaliśmy go sami, z ulgą, bezbrzeżnie wdzięczni, że ktoś wreszcie zdjął z nas ciężar samodzielnego myślenia.
A te wszystkie rzeczy, które pamiętam — zapach papieru, cisza bibliotek, rzemiosło wymagające skupienia, internet, który trzeba było odkrywać, a nie konsumować — przepadną w algorytmicznej mgle. Razem ze mną i z ostatnim pokoleniem, które jeszcze wie, co straciło.
Jak łzy na deszczu.

Its textured surface tells a colorful story of transformation.
Jak zwykle rzeczywistość przebija fikcję!
W dniu, gdy kończyłem ten tekst, w Polsce wybuchła afera wokół raportu „Polaków portret własny” — dokumentu, który miał definiować strategię Marki Polska. Pełnomocniczka rządu, pani profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, podała się do dymisji po trzech tygodniach urzędowania, gdy wyszło na jaw, że raport sfinansowany z dwustu tysięcy złotych publicznych pieniędzy został w dużej mierze wygenerowany przez AI. Katowice umieszczono w „północno-centralnej” Polsce, Wrocław na „północnym zachodzie”, a liczba polskich noblistów okazała się zmyślona. Marka Polska — napisana przez maszynę, która nie wie, gdzie leży Polska!
Myślicie, że to zabawne? Rozejrzyjcie się. Wejdźcie na dowolny polonijny profil reklamujący „wydarzenie kulturalne” — piknik, festyn, dzień niepodległości. Zobaczcie te grafiki. Są identyczne. Wszystkie. Ta sama kolorystyka, ten sam układ, ten sam pomysł wygenerowany przez ten sam algorytm — zmienia się tylko data i godzina. Jak buty w sieciówce: inny kolor, ten sam fason, ta sama cena. Nikt tego nie projektował, nikt w to nie włożył myśli, nikt nie zadał sobie trudu, żeby cokolwiek wyglądało inaczej. Bo po co? I tak nikt nie patrzy. I tak nikt nie widzi różnicy. I właśnie o tym jest ten felieton — o świecie, w którym różnica umarła, a my nawet nie zauważyliśmy, kiedy.








