Chicagowsko-polonijny Labor Day to stan umysłu, w którym nad północno-zachodnią stroną wietrznego miasta czas przestaje płynąć linearnie. Wzdłuż Lawrence Avenue i Milwaukee Avenue, na kilka dni powstaje z popiołu nowa polska osada. Nad ulicami unosi się ten sam od czterdziestu lat gęsty opar – dymu z grillowanej kiełbasy i przypalonych placków ziemniaczanych, słodkawy smród kapusty i jak zawsze zbyt drogich pierogów, rozgrzanego asfaltu, pary z frytownic i wszechobecny, chmielowy odór taniego piwa sączonego z plastiku, puszek, kubeczków i czego tam akurat nie ma pod ręką. Pod repliką wieży warszawskiego Zamku Królewskiego – która góruje nad kinoteatrem Gateway Theatre, dzisiejszym Copernicus Center, niczym architektoniczny wyrzut sumienia zderzający wieki geometrycznych snów Wrighta z polską tęsknotą za kamieniami Starego Miasta – co roku dokonuje się doroczna, polonijna komunia.
Tysiące ludzi własnymi autami, pieszo lub uberami pielgrzymuje tu nie po nowości, lecz po bezpieczne znieczulenie na codzienność osadzenia w Ameryce. Chcą spotkać dawno niewidzianych znajomych z Jackowa czy Belmont, zjeść pieroga lub pięć ($20) i usłyszeć piosenki, które brzmią dokładnie tak samo, jak w dniu, w którym pakowali walizki, jadąc na Okęcie.

W ten uświęcony mikroklimat Taste of Polonia w sobotni wieczór, 5 września, wkroczył Tomasz Organek ze swoim zespołem.
Nie było tu żadnego napuszonego, estradowego garnituru ani tym bardziej festiwalowego przymilania się. Jakieś trzydzieści minut wcześniej z tej samej sceny wykrzyczał w stronę publiczności Feel: „Ludzie, jesteście piękni!” – i sala odpowiedziała mu, czym mogła. Tomasz Organek – chłopak z Raczek na Suwalszczyźnie, ulepiony z gliny Polski B, z chłodu polskiego bieguna zimna, a nie z salonowych konwenansów – wszedł na deski Theater Stage bez żadnych takich deklaracji. Koszula w drobny, geometryczny retro-wzór z rozpiętym kołnierzykiem; złoty łańcuszek na szyi; odsłonięte, gęsto tatuowane przedramiona; dresowe spodnie Adidasa z obowiązkowymi trzema białymi paskami i biały Fender Jaguar zawieszony na szerokim pasie w gwiazdy. Żadnej maskarady, żadnego akademizmu, żadnego wchodzenia w rolę rockowego gwiazdora w glanach, rurkach i kurtce z napisami. Wyglądał jak muzyk, który zszedł prosto z post-punkowych prób w piwnicy jakiegoś klubu, by bez taryfy ulgowej zagrać to, co ma do zagrania. I cholera, on to zrobił naprawdę.
Dla nich to dopiero inauguracja pierwszej w historii trasy po Ameryce Północnej. Nigdzie z Chicago jeszcze nie wyjechali, a w poniedziałek, w samo święto Labor Day, czeka ich tu drugi koncert w tej samej sali Copernicus Center, skąd ruszą dalej: 11 września do Toronto, 12 września do nowojorskiego Brooklyn Monarch i 13 września do Piwnicy u Dziadka w Filadelfii. Ale sobota – ta sobota była dla chicagowskiej widowni zderzeniem czołowym.

Przez cały koncert byłem tuż pod sceną, z aparatem przy oku. Kiedy fotografujesz z odległości kilkudziesięciu centymetrów, słyszysz muzykę zupełnie inaczej – nie przez wygładzony miks z przodów, ale prosto „z deski”. Słyszysz fizyczne uderzenie pałki o naciąg werbla, kliknięcie footswitcha pod butem gitarzysty, surowy, suchy ryk piecyka, zanim jego fala w ogóle dopadnie mikrofonu.
Widziałem ich pot i skupienie – dyscyplinę formy bez jednego fałszywego gestu. Kiedy na chwilę opuszczałem obiektyw i cofałem się o kilka kroków, cały ten wieczór układał się w jeden kadr: muzycy na scenie grający bez grama asekuracji, a tuż poniżej – widownia.
Twarze przy barierkach zastygały w czymś, czego na polonijnych festynach nie widuje się prawie nigdy. Nie w zachwycie, nie w rozbawieniu, lecz w zadziwieniu. Tym głębokim dyskomforcie, kiedy to, co słyszysz, gruntownie mija się z tym, po co przyszedłeś. W jednych oczach dziecięcy, prawie euforyczny zachwyt, że muzyka z Polski potrafi dziś tak brzmieć, tak ostro, tak dobrze bez znieczulenia. W drugich bezradne niedowierzanie. Szukali wzrokiem żartu, czegoś, co przywróci ich na znane wody polonijnych rozgłośni radiowych. Bezgłośnie pytali: Gdzie te proste riffy z radia? Gdzie nasz swojski, knajpiany rock z dawnych lat? Czy to naprawdę ten sam Organek?
Dramaturgię całego wieczoru najpełniej streściła jedna scena sprzed pierwszego akordu. Po lewej stronie sceny, gdy muzycy przemykali z garderoby – kobieta wykrzyczała w stronę przechodzącego artysty z całych płuc:
– Kocham Cię! Czekałam na Ciebie dwadzieścia lat!
I tak oto w tym jednym okrzyku zmieścił się cały ciężar polonijnego losu: dwie dekady na obczyźnie, dwie dekady tęsknoty za krajem, który w pamięci emigrantki zastygł jak mucha w bursztynie. Tyle tylko, że ten, na kogo czekała dwadzieścia lat, nie przywiózł ze sobą sentymentalnego skansenu, mazowieckich wierzb ani głosu jedynie słusznych przywódców. Przywiózł europejską, bezkompromisową, świeżą i miejscami bolącą nową falę.

Na dobrym koncercie energia nie przepływa w jedną stronę. Muzycy nie stoją za mikrofonem jak dystrybutorzy sygnału – biorą z widowni tyle, ile sami oddają, nawet jeśli ta widownia tego nie wie. Tomasz Organek podszedł do odpalonego na dobre wzmacniacza. Uklęknął przed głośnikiem z białym Jaguarem w dłoniach, wpuszczając instrument w kontrolowane, wyjące sprzężenie zwrotne. Wypisz-wymaluj jak Jimi Hendrix na Monterey Pop w 1967 roku – ten sam szamański, ofiarny rytuał zaklinania dźwięku, ta sama nabożna czujność człowieka poskramiającego wyjącego potwora z fali elektromagnetycznej. Stojąc tam z aparatem poczułem dreszcz i coś trudnego do precyzyjnego nazwania – rzadką, cichą satysfakcję bycia dokładnie tu, dokładnie w tej sekundzie. W tym sprzężeniu, w tym ryku przesteru odbijającym się od ścian Copernicus Center było coś tak potężnego, że przez ułamek sekundy miałem wrażenie, iż za moment – niczym dwa lata po Monterey, na błotnistych polach Woodstocku – z tego sonicznego chaosu wyłonią się pierwsze, poszarpane takty amerykańskiego hymnu.

Za jego plecami tymczasem działa się czysta instrumentalna magia.
W partiach klawiszowych Tomasza Lewandowskiego słyszałem coś fascynującego – gdzieś na dnie tych nowofalowych, chłodnych syntezatorów pulsował duch Raya Manzarka. Nie tego z chicagowskich lat, lecz tego ważniejszego – późniejszego, razem z Jimem. Oczywiście nie o kopiowanie momentu, gdy Morrison leży na deskach i skręcając się wykrzykuje When the music is over – raczej o tę samą żelazną szkołę: fenomenalne przygotowanie warsztatowe, hipnotyzującą pracę lewej ręki, która zamiast lukrować tło, buduje potężną, architektoniczną konstrukcję dla całej piosenki.
Z kolei perkusista Robert Markiewicz to osobny rozdział tego wieczoru. Wiedząc o jego niedawnej, trudnej rekonwalescencji po wypadku i uszkodzeniu ręki, słuchałem jego gry ze szczególnym napięciem. To, co pokazał na bębnach, przerosło wszelkie oczekiwania. Żadnej asekuracji, żadnego grania „na pół gwizdka”. Czysta, motoryczna precyzja, nerw, dynamika i potężne, punktualne ciosy, które trzymały w ryzach całą tę sceniczną konstrukcję.
A pomiędzy nimi – Adam Staszewski z gitarą basową. Ostoja spokoju, fundament całego tego zamieszania i po prostu niesamowicie serdeczny, ciepły człowiek o rzadko spotykanej, bezpretensjonalnej klasie. Nie pcha się przed szereg, nie gwiazdorzy, ale to jego głęboki, mięsisty bas dawał wszystkim pewny grunt pod nogami, klejąc połamany nerw bębnów Markiewicza z syntezatorowym chłodem Lewandowskiego w jedno brzmienie.

Nawet starsze utwory – „Kate Moss” czy „Ultimo” – nie były już tym, czym dawniej. Zespół przefiltrował je przez doświadczenie projektu „MTV Unplugged” i chłód płyty „Na razie stoję, na razie patrzę”. Zamiast garażowego brudu pojawiła się przestrzeń, synkopa, jazzująca pauza i teatralny gest solówek. A w uszach, długo po wyjściu z sali w chicagowską noc, wciąż dudnił mi tytułowy wers: Na razie stoję, na razie patrzę.
To przedziwne uczucie. Ten wers opisuje stan absolutnego zawieszenia – tę mikrosekundę pomiędzy bezruchem a eksplozją. Moment, w którym stoisz, patrzysz na otaczający cię świat, a w środku wszystko drży z napięcia, bo wiesz, że za chwilę coś w tobie pęknie – ruszysz się, zrobisz krok, wykrzyczysz sprzeciw, zmienisz bieg rzeczy. Nie da się tego łatwo ubrać w słowa, ale muzyka Organka na żywo ma właśnie tę rzadką właściwość – chwyta za gardło mocą tego jednego, jedynego momentu tuż przed zmianą.

Chicagowska publiczność na Taste of Polonia dostała w sobotę coś o wiele cenniejszego niż sielski, festynowy replay z młodości. Dostała artystyczną prawdę prosto w twarz. Dla tych, którzy przyszli jedynie po piwo i wspomnienia – był to szok. Dla tych, którzy potrafili otworzyć uszy – długo oczekiwane oczyszczenie.
W poniedziałek wieczorem na Theater Stage w Copernicus Center odbędzie się runda druga. Ring nie kłamie i niczego nie wybacza – obnaża każdą wątpliwość, każdą słabość, każdy fałszywy gest. Jeśli tam będziecie: stańcie blisko. Jak przy narożniku na galowej walce – blisko na tyle, żeby poczuć zapach potu, żeby usłyszeć, jak uderzenie dociera do żołądka, zanim w ogóle dotrze do uszu. Poczujecie to jak prawą sierpową prosto w splot słoneczny – nie tę, która powala, ale tę, która uświadamia, że żyjecie, że czujecie, że jesteście naprawdę tu. A potem zostańcie. Postójcie, popatrzcie i posłuchajcie. Zanim, jak mawiał poeta, spadnie deszcz i zmyje nasze ślady na piasku.








