Nigdy nie byłem fanem Michała Wiśniewskiego i pewnie nim nie będę. W moim prywatnym panteonie muzycznym jego twórczość leży na odległych antypodach — nie ma u mnie ani jednej jego płyty, a głęboko zakopane na serwerach playlisty nie zawierają choćby jednego refrenu Ich Troje. Z takiej pozycji łatwo byłoby go zbyć protekcjonalnym uśmieszkiem — szczególnie komuś, kto na co dzień obraca się w rewirach jazzu i muzyki progresywnej. I tak by zapewne zostało, gdyby nie jeden szczegół, który przykuł moją uwagę i nie dawał spokoju.
Michał Wiśniewski nie istnieje w głównym nurcie krytyki muzycznej. Prasa kulturalna go ignoruje, recenzji merytorycznych brak, a jeśli już pojawia się w mediach, to głównie jako bohater plotkarskich nagłówków albo temat dyżurnych dyskusji w mediach społecznościowych. I to, paradoksalnie, jest fakt warty odnotowania — bo milczenie środowiska krytycznego mówi o artyście tyle samo, co każda napisana recenzja.

Wiśniewski żyje gdzie indziej. W fanowskich relacjach, facebookowych stories, tiktokowych zachwytach nakręcanych trzęsącą się ręką. Tam pojawia się jako artysta intymny, prawdziwy, emocjonalny, terapeutyczny. Słowa „muzyczna uczta” i „bliskość z artystą” są tam na porządku dziennym — i co istotne, nie brzmią jak marketingowy slogan, lecz jak szczery odruch. Geograficznie wybiera małe i średnie miasta: Sępólno Krajeńskie, Zamość, Rybnik, Końskie. Tegoroczne Taste of Polonia w Chicago wpasowuje się w ten obraz perfekcyjnie. Chicagowska Polonia, choć licząca setki tysięcy ludzi, ma wewnętrzną strukturę małej, zgranej wspólnoty — gminnego ośrodka kultury z globalnym adresem. Milczenie głównych nurtów i oddani fani w małych salach razem rysują portret artysty, który dawno przestał walczyć o uznanie salonów i wygrał coś znacznie trudniejszego: lojalność ludzi.
Ten właśnie fakt stał się dla mnie punktem przełomowym: idę, zobaczę sam, sprawdzę, posłucham i ocenię na własny rachunek — bez przyglądania się temu fenomenowi przez cudze okulary. Michał z zespołem odwiedzał Chicago już wcześniej. Raz nawet wiedziałem, że pójdę — i nie poszedłem, z przyczyn, które tutaj dyplomatycznie pominę. Tym razem więc był to mój pierwszy raz. Pierwsze spotkanie z Wiśniewskim i — jak zwykle — z moim obiektywem.

Gdzieś z tyłu głowy kręciła mi się mała, dokuczliwa myśl: że oto artysta z plotkarskich nagłówków wyjdzie na scenę, odetnie kupony i wiśta wio. Wypije te swoje złote przeboje z lat 90 i 2000, ukłoni się i zniknie. Tymczasem spotkało mnie coś zupełnie innego. Format akustyczny ma tę szczególną właściwość, że można w nim coś dopowiedzieć, precyzyjnie pokierować własnym wizerunkiem, stworzyć go od nowa — ale tylko wtedy, gdy ziarno trafi na podatny grunt. A tej soczystej, pachnącej ziemi tego wieczoru w Copernicus Center nie brakowało.
Na scenie stanął mężczyzna po przejściach — z dojrzałym, starannie wypracowanym image’em, który jednoznacznie przywołuje go z pamięci nawet po kilkunastu latach nieobecności na czyichś playlistach. Obok — dwie zgrabne, instagramowo-tiktokowe wokalistki: Martyna Majchrzak i Ewa Agaś-Lange. Przepis gotowy. On — bestia. One — niewinne. Kontrast nie tylko wizualny, ale i dramaturgiczny, z zimną premedytacją użyty jako narzędzie sceniczne.

Dressed in striking white, they command the spotlight under vibrant stage lighting.
I choćby Michał opowiadał ze sceny o swoim „popapranym” życiu, o niezawodnym przyjacielu jakim bywa własna dłoń (naprawdę to powiedział), czy o żonie, która okazała się niewierna — w uszach publiczności i tak zawsze pozostaje ten sam smak: prawdziwej miłości, intensywnego uczucia, za którym żeński tłum po drugiej stronie bariery tęskni być może każdego dnia. I wie dobrze, że tu, w tej sali, nikt jej z tej tęsknoty nie wyleczy. To jest właśnie mechanizm, który napędzał cały ten wieczór.
Wiśniewski mówił o sobie z bezwstydną szczerością kogoś, kto dotknął dna — portfela i emocjonalnego — i teraz stoi w Chicago bo nie ma nic do stracenia. Z szacunku dla własnej niewiedzy nie będę wymieniał tytułów — nie znam jego katalogu na tyle dobrze, by sięgać po nazwy. Kilka melodii słyszałem wcześniej, w chicagowskich polonijnych rozgłośniach radiowych, i tyle. Reszta docierała do mnie w tej chwili po raz pierwszy, bez etykiet, bez historii i — może właśnie dlatego — bez uprzedzeń.

Pierwszoosobowy storytelling Wiśniewski stosuje z sukcesem od lat. To technika, która nieuchronnie rodzi pytanie: ile jest w tym świeżości, a ile scenicznego rytuału odgrywanego po raz setny? Odpowiedź paradoksalnie brzmi jednakowo, a to w Sępólnie Krajeńskim jak i w Chicago. Facet, który mógłby spokojnie siedzieć w domu i żyć z tantiem, wsiada zamiast tego w samolot i przylatuje śpiewać na żywo — i to jest odpowiedź na wszystkie wątpliwości. Wciąż mu na tym zależy. I to, wbrew pozorom, robi różnicę.
Martyna i Ewa nie były tłem ani chórkiem. Stanowiły dla Michała precyzyjnie dobraną przeciwwagę — ich czystość i delikatność wokalna działały jak aksamitny podkład pod chropowatość i celową surowość jego głosu. Ten niezapomniany, gardłowy wokal — nadgryziony przez lata i tysiące wykrzyczanych nocy — w zestawieniu z ich brzmieniem zyskiwał głębię, której nie miałby sam. Stare hity, pozbawione dyskotekowego sznytu i uproszczone do nagiej melodii, nabrały drugiego, melancholijnego dna. Nowsze rzeczy z kolei nie brzmiały jak desperacka próba gonienia trendów — na scenie stał chodzący pamiętnik dojrzałego faceta i właśnie to, bez pardonu i bez filtra, fanki pod sceną kupiły w ciemno.

Był jeszcze jeden moment wieczoru, który warto z uczciwości odnotować. Michał Wiśniewski wprowadził na scenę Samantę Trojan, występującą jako Samantka: wokalistkę i autorkę piosenek, urodzoną w Stanach. Anglojęzyczną, z charakterem bliższym amerykańskiemu pop-country niż polskiej estradzie. Wiśniewski skomentował to bez owijania w bawełnę — dzięki niej, powiedział, na jego koncertach mogą dostać coś dla siebie również ci, dla których polszczyzna jest językiem obcym. Gest przemyślany i nieoczywisty jak na artystę, którego królestwo zbudowane jest na zupełnie innej glebie. Czy to szczery most między dwiema kulturami, czy sprytne poszerzenie zasięgu — ocenę zostawiam publiczności. Jedno jest pewne: w sali, gdzie Polonia spotyka się z Ameryką na tym specyficznym, nieprzetłumaczalnym emocjonalnym terytorium Taste of Polonia, ten gest nie był bez sensu.

Można nie lubić jego piosenek. Można omijać tę estetykę szerokim łukiem i nigdy nie zajrzeć na jego playlistę — ja tak robię i nie zamierzam tego zmieniać. Ale w czasach wysterylizowanego, skalkulowanego pod algorytmy popu, ten sponiewierany przez los facet z dwiema dziewczynami na scenie dał chicagowskiej Polonii coś, czego żaden streaming nie zastąpi i za żadne pieniądze się nie kupi: autentyczną, żywą krew. A to, czy ktoś to nazwie sztuką, czy tylko sprawnie odgrywanym rytuałem — zostawiam już każdemu z osobna.
Zdjęcia z koncertu dostępne w galerii. Obraz mówi więcej niż słowa — szczególnie wtedy, gdy słowa dotykają granic własnej kompetencji.








