Mythical charioteer with winged horses and bow, bathed in golden sunlight.

Polska nić — od maharadży po plac w Warszawie

O dzieciach, które nie miały kraju, i o królu, który powiedział „jestem waszym ojcem”

Przyzwyczailiśmy się. Bez wyjątku. Wszyscy. Mózg dostał nowy rozkład jazdy i jeździ już tylko według niego — piętnaście sekund, migotanie, kolor, ruch, wytrysk dopaminy i gotowe: wiem. Rozumiem. Byłem. Jestem mądrzejszy o kolejną rolkę. Mam opinię. Właściwie mogę komentować już wszystko! I tak w kółko, aż do chwili gdy kładziemy się spać z poczuciem, że świat jest dokładnie taki, jak go widzieliśmy dzisiaj na ekranie — kolorowy, zrozumiały i kompletnie pozbawiony sensu.

Tyle że historia takim rozkładem nie jeździ.

Young boy in orange sweater looks curiously at camera in classroom.
A young boy with a warm smile peeks from a wooden desk in a classroom. His bright eyes convey curiosity and innocence.

Historia ma swoje niteczki — cienkie, pozornie nieważne, często śmieszne przez swoją przypadkowość i tylko wtedy, gdy pociągniesz za każdą z nich, zobaczysz, że to nie były przypadki. To była tkanina. Jeden maharadża, który powiedział nie. Jedna piosenkarka, która śpiewała dzieciom piosenki na pokładzie statku. Jeden malarz, który namalował śmierć człowieka dwa lata przed jego śmiercią. Jeden ksiądz, jeden oficer i jeden dokument adopcyjny. I gdzieś pomiędzy nimi — Polska, która nie istniała, a jednak żyła.

I jest jeszcze czas. Ten stary złodziej. Okrada nas po cichu, sekunda po sekundzie, z rzeczy które obiecywaliśmy sobie zapamiętać jako pierwsze — i które w końcu znikają jako pierwsze. Nie zabiera od razu dużych bloków. Najpierw kruszy krawędzie, potem usuwa tło, potem zacierają się twarze i w końcu zostaje tylko narracja bez szczegółów — a narracja bez szczegółów to już tylko mit. Wygodny, bo prosty. I całkowicie nieprawdziwy.

Dzisiaj będzie o Polsce. O Chicago. O dzieciach, które nie miały dokąd wracać. O tym, czego nie można zapomnieć — bo jeśli zapomnimy, to nie będzie winy czasu. Będzie tylko nasza własna, bardzo dobrze naoliwiona obojętność.

Zapraszam do czytania. Dłużej niż piętnaście sekund 🙂


Są historie, które przetrwały wyłącznie dlatego, że ktoś je zapamiętał uczestnicząc w nich. Ta jest właśnie jedną z takich opowieści.

Czerwiec 2025 roku, stare mury Polish Museum of America w Chicago. Zaprosiłem tam Monikę Kowaleczko-Szumowską — autorkę, która przez siedem lat zbierała w całość jedną historię jak fragmenty rozbitego lustra, rozsypane koraliki. Dałem jej możliwość wypowiedzi, przestrzeń i słuchaczy. Ona przyniosła resztę. Nie była to gotowa recepta na wzruszenie — było to coś znacznie bardziej kruchego i prawdziwego: opowieść, którą przez lata próbowano zepchnąć na margines, bo nie mieściła się w wygodnej narracji. Bo dotyczyła Indii. Bo była niewygodna dla tych, którzy widzą siebie zawsze po stronie tych, którzy mają rację.

Woman lecturing to audience in museum with historical paintings.
A speaker engages an audience in a museum, presenting historical images from 1939 Eastern Borderlands, Poland. Large paintings and exhibits enhance the educational atmosphere.

Słuchałem z zainteresowaniem. I nie żałowałem ani chwili tej decyzji — bo gdy Monika mówiła, nie było trudnych słów. Były sprawy najprostsze, i przez to pewnie najtrudniejsze — miłość, która niczego nie żąda w zamian. Dobro, które nie sprawdza nazwisk, wyznania ani koloru skóry.

Podczas drugiej wojny światowej Polska przestała istnieć jako państwo na mapie — podzielona między Niemcy a Związek Radziecki. Setki tysięcy Polaków deportowano w głąb ZSRR: na Syberię, do Kazachstanu, do obozów pracy. Po podpisaniu układu Sikorski–Majski w 1941 roku, część z nich — głównie kobiety i dzieci — została wypuszczona. Ale dokąd miały pójść? Polska nie istniała. Europa płonęła.

I wtedy pojawiły się Indie.

Maharadża z Nawanagar i polskie sieroty

Jam Saheb Digvijaysinhji Ranjitsinhji, władca niewielkiego księstwa Nawanagar, dowiedział się, że polskie sieroty są odrzucane przez inne kraje. Inne narody mówiły: nie mamy miejsca, nie mamy środków, nie jest to nasz problem.

Maharadża powiedział coś innego. W lipcu 1942 roku otworzył obóz dla polskich dzieci w Balachadi, przy swoim nadmorskim pałacu letnim. Zamieszkało w nim od 650 do 1000 dzieci.

„Nie uważajcie się za sieroty. Jesteście teraz Nawanagarczykami, a ja jestem Bapu” — ojcem.

Zapewnił im polską szkołę, polskich nauczycieli, jedzenie i opiekę medyczną. Te dzieci uczyły się w języku kraju, który w tamtym momencie nie istniał. Na ziemi, której wcześniej nie widziały. Pod opieką króla, z którym nie łączyło ich nic poza ludzką przyzwoitością.

Vintage photo of adults and children in costumes, including gnomes.
Jam Saheb Digvijaysinhi with the children. Step back in time to this charming costume gathering featuring adults and children dressed in an array of festive outfits, including three adorable gnomes in the front. It looks like a memorable occasion filled with joy and imagination.

To jest właśnie ten moment, gdy fizykę historii należy rozumieć dosłownie. Dobro nie potrzebuje masy — potrzebuje tylko kierunku. Maharadża wybrał kierunek. Reszta to była tylko energia.

Valivade w Maharasztrze stało się potem największym stałym osiedlem polskich uchodźców w Indiach: 5000–6000 osób, własna szkoła, kościół, poczta, kino, biblioteka. Miasteczko. Nie obóz — miasteczko. Nazywano je „Małą Polską”. W 1948 roku, gdy Polacy opuszczali Valivade, na ich miejsce przybywali hinduscy Sindhi uciekający z Pakistanu po podziale.

Historia nie znosi próżni. Zawsze znajdzie kogoś, kto wypełni pustkę cudzym bólem.

W Warszawie istnieje dziś Skwer Dobrego Maharadży — Sikorski zapytał podczas wizyty, jak Polska może się odwdzięczyć. Maharadża odmówił zapłaty. Poprosił tylko o ulicę. Dostał plac.

Kto jeszcze tam był

Polskie osiedla uchodźcze odwiedzali ludzie, których nazwiska zapisały się w historii. Każde z tych spotkań to zderzenie cząstek, które nie powinny się spotkać — a jednak.

Hanka Ordonówna (1902–1950) — największa gwiazda polskiej estrady, deportowana przez NKWD z Wilna — towarzyszyła dzieciom w pierwszym konwoju do Bombaju. Między obozami a łodziami robiła to, co umiała najlepiej: śpiewała. Uczyła dzieci polskich piosenek na prowizorycznych scenach. Największa polska diva stała się nianią na subkontynencie — i nigdy nie uznała tego za degradację. To jest właśnie ta miara człowieka, której nie mierzy się w lajkach.

Podpułkownik Geoffrey Clarke — brytyjski oficer łącznikowy — wspólnie z maharadżą i ojcem Franciszkiem Plutą legalnie adoptował polskie sieroty, by ochronić je przed przymusową repatriacją do komunistycznej Polski po wojnie. Trzech mężczyzn: hinduski władca, brytyjski oficer, polski ksiądz — na jednym dokumencie. Żaden scenarzysta by tego nie wymyślił, bo żaden scenarzysta nie chciałby, żeby widownia to uznała za wiarygodne.

W Valivade powstał polski zespół teatralny, który zaproszono do występu w pałacu Maharadży Chhatrapati z Kolhapur. Polscy uchodźcy grali sztuki teatralne przed indyjskim dworem. Dwie kultury, które nie miały żadnego powodu, by się znać — ale miały powód, by się szanować.

Anubhava — kiedy taniec stał się pamięcią

20 września 2025 roku, Akademia Muzyki przy Paderewski Symphony Orchestra w Chicago. Zorganizowałem wieczór pod tytułem Anubhava.

Anubhava — z sanskrytu: bezpośrednie doświadczenie, wiedza zdobyta nie z książki lecz z przeżycia. W sztuce tańca bharatanatyam anubhava to moment, kiedy ruch tancerki staje się twoim własnym drżeniem. Nie patrzysz — czujesz. To jest właśnie ta granica, którą fizycy opisują jako superpozycję: dwie rzeczy jednocześnie w jednym miejscu.

Dancer with roses receives applause from appreciative audience.
A dancer in traditional attire receives a beautiful bouquet of yellow roses and a warm round of applause from an appreciative audience. This heartwarming moment captures the joy of a successful performance and the connection between artist and admirer.

Gest maharadży wybrzmiał tamtego wieczoru w tańcu Apekshy Niranjan — artystki, która swoim ruchem splata dwie tradycje: polską i indyjską. Wśród gości: Janina Kulibaba — świadek tamtych wydarzeń w Indiach — oraz Konsul Generalna RP Regina Jurkowska, Konsul Indii Mathew Lima, Senator Ram Vilavalam, dr. Paramjit Chopra. Jestem pewien, że ich obecność tamtego wieczoru nie była gestem dyplomacji. Była znakiem: ta historia żyje.

Tamten wieczór zacząłem od słów mistrza zen: „If you are unable to find the truth right where you are, where else do you expect to find it?” I patrząc na zebranych — wiedziałem, że prawda nie jest legendą. Dzieje się obok nas. Można ją kontynuować.


Wanda Dynowska — Polka, która stała się Umadevī

Wanda Dynowska (1888–1971) — teozofka, pisarka, tłumaczka — spędziła większość życia przy siedzibie Towarzystwa Teozoficznego w Adyar (Madras). W 1944 roku założyła Bibliotekę Polsko-Indyjską i wydała ponad 40 tytułów: polskie tłumaczenia Bhagawadgity, Mahabharaty, Ramajany i Upaniszadów, pracując z sanskryckimi oryginałami.

Oddała polskim czytelnikom indyjską filozofię w momencie, gdy Polska sama potrzebowała filozofii — by przetrwać.

Woman in sari and head covering stands in a garden.
Wanda Dynowska, in traditional attire stands gracefully amidst a lush garden.
Her gentle expression adds warmth to this timeless portrait. fot. z archiwum rodzinnego

W roku niepodległości Indii, 1947, Polka przyjęła obywatelstwo indyjskie. Została Umadevī — „boginią łaski”. Pod koniec życia pomagała tybetańskim uchodźcom w Dharamsali.

Jej życie to dowód na to, że granice są konwencją, a nie prawem natury. A prawa natury mają znacznie mniej wyjątków niż prawa ludzkie.


Polscy artyści, którzy namalowali Indie

Stefan Norblin — Indo-Deco, czyli jak Warszawa trafiła na tron maharadży

Stefan Norblin (1892–1952) uciekł z Warszawy przez Rumunię, Turcję, Irak — i dotarł do Bombaju w 1941 roku. Maharadża Umaid Singh z Jodhpuru zlecił mu dekorację Umaid Bhawan Palace. Norblin namalował cykl monumentalnych murali z Ramajany, wizerunki Śiwy, Parwati, Durgi — i scenę Durgadasa Rathore w holu wejściowym. Gdy transport mebli z londyńskiej firmy Maples zatonął w czasie wojny, Norblin zaprojektował całe wnętrza i meble od zera: sofy, fotele, słynną łazienkę maharani w złocie i czerni. Gatunek, który stworzył, krytycy nazwali Indo-Deco.

Goddess Durga riding tiger, holding sword and trident.
A powerful depiction of a goddess Durga, astride her roaring tiger, wielding fierce weapons against a fiery sky. This vibrant artwork captures divine strength and triumph.

Opuścił Indie w 1946 roku. Zamieszkał w San Francisco. Zmarł sześć lat później, niemal zapomniany. Odkryto go w XXI wieku — bo tak działa historia ze swoją entropią: najpierw rozproszenie, potem kondensacja.

Feliks Topolski — obraz, który zdarzył się dwa lata za wcześnie

Feliks Topolski (1907–1989) namalował w 1946 roku wielkoformatową kompozycję The East — Gandhi pada, podtrzymywany przez dwie kobiety. Zamach nastąpił 30 stycznia 1948 roku. Dwa lata różnicy.

Historycy sztuki debatują: artystyczna intuicja? Obserwacja narastającej przemocy? A może — jak powiedziałby fizyk — obserwator, który naprawdę widzi, widzi nie to, co jest, lecz to, co musi nastąpić?

Expressionistic painting of chaotic figures in conflict.
The reworked painting displayed at the Rashtrapati Bhavan | PTI This powerful expressionistic painting overwhelms with its dense composition of entangled figures, evoking a sense of chaotic struggle and human turmoil. The vibrant blues, yellows, and fiery reds highlight the intense drama.

Nehru kupił obraz w Londynie w 1949 roku. Dziś wisi w Rashtrapati Bhavan — Pałacu Prezydenckim w New Delhi. Polak namalował śmierć Ojca Narodu dwa lata za wcześnie. Indie powiesiły ten obraz w swoim najważniejszym domu.


Na koniec — kilka dat

Stosunki dyplomatyczne nawiązano 30 marca 1954 roku — siedem lat po uchodźcach, kilkanaście po konsulacie. Polska miała konsulat w Bombaju od 1933 roku, honorowy w Kalkucie od 1935. Więź istniała, zanim ktokolwiek ją sformalizował.

Nehru odwiedził Polskę w 1955 roku. I tu jest ironia, która nie mieści się w protokole dyplomatycznym: Polska była wtedy pod butem Rosji. Oficjalnie reprezentowała dokładnie tę czerwoną politykę, przed którą Nehru starannie trzymał Indie z daleka. Spotkanie przywódcy niezaangażowanych z krajem, który zaangażowano bez pytania. A jednak — gdzieś na obrzeżach tej oficjalności, poza kamerami i uściskami dłoni — tlił się zaledwie mały ogień zrozumienia. Jestem przekonany, że Polska rozumiała, czym jest utrata własnej drogi. Indie właśnie tę drogę wybierały. I nikt tego głośno nie powiedział.

Formalność zawsze przybywa spóźniona. Substancja jest wcześniej.


Są opowieści ze wspólnej historii, które — raz wydobyte na światło — nie pozwalają już wrócić do ciemności.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.