Older man in dark suit and tie, looking forward.

Fizyk z autobusu

Siedzę w domu, z prostym tekstem „Arszeniku i starych koronek” na kolanach, uczę się roli Pana Witherspoon’a i łapię się na tym, że chciałem go podglądać. Jakiż ja jestem naiwny. Jakby można było podejrzeć Peszka i cokolwiek z tego wynieść. Dopiero teraz, dzień po spektaklu, dociera do mnie, że to jest jeden człowiek o tysiącu życiorysów i że te wszystkie postacie z nim zostają, żyją w nim dalej, a ja z moim jednym Witherspoonem stoję przed lustrem i próbuję złapać choćby cień tego, co on robi z oddechem, z pauzą, z jednym słowem.

Ale po kolei.

Man speaking on stage to an audience at an indoor event.
Andrzej Krukowski opens the 8th Congress of Polish Theatre in Chicago, addressing the audience from a stage adorned with a wooden ladder and a cello.

PaSO Music Academy na Lawler, ta dawna sala kościelna — stąd pewnie ten zapach starych słów, które dawno minęły i zacierają się przez coraz to nowsze koncerty i spotkania. Wchodzimy z Dorotą, siadamy, rozglądam się. Te same twarze. Ludzie znani, znajomi, widziani i spotykani wielokrotnie tu i w innych miejscach, gdzie spotyka się chicagowska Polonia, gdy ktoś przyjedzie, gdy ma się coś wydarzyć. Swoją drogą, to taki szablon — co wydarzenie, to inna grupa ludzi. Ta sama grupa.

Pamiętam pierwszy Kongres Teatru Polskiego w Chicago, pierwsze rozpoczęcie w PMA — byłem tam jako fotograf i widziałem przede wszystkim stres na twarzach twórców. Jak to wypadnie, czy ktoś przyjdzie, czy coś z tego wyrośnie. Ósma edycja jest zupełnie inna, pewna siebie, można by rzec buńczuczna, ale w tym dobrym, zasłużonym znaczeniu. Przez te lata oglądałem wiele wystawień, są wśród nich moje ukochane — na podstawie Tuwima, Herberta. Rozwój, dojrzewanie, wzrost. Po ojcowsku czuję się dumny, gdy widzę jak dojrzewają twarze i słowa.

Ale wiecie co? Boli mnie brak tych, których tu nie ma. Bo tak wielki artysta, aktor z takim dorobkiem, przelatuje przez Chicago jak kometa — raz, i znika. A na widowni cisza po tych, co potem krzyczą najgłośniej, jacy są ważni, jacy mądrzy, jacy dla nas niezbędni. Nie można czerpać z nalanego dzbana, jeśli samemu nie dodało się do niego ani kropli. A Kultura? Pomijana, trywializowana, monetyzowana i spychana na pobocze — wciąż się do nas uśmiecha. Wciąż daje kolejną szansę. Ale co jeśli tym się zmęczy? Jeśli przestanie? Zostaniemy zwykłymi odbiorcami dóbr materialnych — i to ma nam wystarczyć?


Peszek wszedł na scenę i wszystko inne przestało istnieć.

Surprised man in suit holding a tie and bitten apple core.
Caught off guard, this man’s expression says it all as he holds a tie and a partially eaten apple. What do you think just happened?

Osiemdziesięciodwuletni Jan Peszek otwierał VIII Kongres Teatru Polskiego w Chicago monodramem, który gra od pięćdziesięciu lat. Ponad trzy tysiące razy. „Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” Bogusława Schaeffera — tekst z 1963 roku, prapremiera w 1976, rola pisana z myślą o Peszku, choć Schaeffer przyznał to dopiero po latach. Powiadam wam — to jedno z najpiękniejszych przeżyć teatralnych, jakie kiedykolwiek miałem.

Fascynowało mnie, jak w ułamku sekundy potrafił zmienić wszystko — słowem, akcentem, intonacją naśladował kogoś kompletnie innego, był nie do poznania, by moment później naśmiewać się z tego co właśnie powiedział i zamienić całość w farsę. I tu był przysłowiowy pies pogrzebany — bo słowa były cholernie ważne, a błazenada była sposobem, żeby je podkreślić. Tak jak celowo otwieram przesłonę, żeby tło stało się rozmazane, a twarz na pierwszym planie nabrała ostrości.

Older man in suit behind ladder, holding book, expressive face.
An elderly man in a suit dramatically expresses himself while standing behind a wooden ladder. He holds a book, seemingly mid-story or performance.

Publiczność śmiała się w odpowiednich momentach. Ale miałem wrażenie jej nieprzygotowania. Peszek ma swoje lata i jego wygibasy na drabinie — te ekwilibrystyczne wspinaczki po szczeblach — przyprawiały ludzi o dreszcze. Że upadnie, że zrobi sobie krzywdę. Oceniamy innych na podstawie siebie samych i osoby starsze, schorowane, siedząc na widowni, bały się naprawdę. Bardziej obserwowały drabinę niż słuchały tekstu.

Ale ta drabina, ta błazenada — to jest pierwsza warstwa. To, co na wierzchu, jest twarde i widoczne. Dopiero po pewnym wysiłku trafiamy pod spód. A tam zaczyna się zupełnie inny świat. Miękki i delikatny. Ważny i prawdziwy. Trudno do niego dotrzeć. A kto, kurwa, wie, że to fizyk? — powiedział Peszek. Wypadł z autobusu, ale kto wiedział, że był fizykiem?


Czytam teraz Murakamiego, „Ptaka Nakręcacza”. Jest tam studnia, do której bohater schodzi i siada na dnie. Patrzy w górę. Nad nim mały otwór, a w nim nocne niebo usłane gwiazdami. Ogrom świata i wszechświata. A on na dole, w ciasnej, wilgotnej ciemności — i skąd ma wiedzieć, po widoku tego skrawka nad głową, jaki ten świat jest naprawdę?

Siedząc w PaSO, wśród tych samych twarzy, w tym ciepłym, znajomym, ciasnym światku, myślałem o tej studni. Bo my, publiczność, siedzieliśmy na dnie. A Peszek był na górze. Stamtąd, ze szczytu, zaserwował nam świat ogromny — pół wieku scenicznego doświadczenia skompresowane w jedną godzinę, w jednego człowieka, w jedną drabinę i kilka metrów desek. A my na dole oceniamy tak, jak pozwalają nasze zmysły i nasza wiedza. Zachwycimy się gwiazdami, pokiwamy głowami, a potem wracamy do niewygodnej pozycji na dnie studni. Do codzienności. Do tego co znamy.

Jan Peszek speaking into microphone at a presentation.
Jan Peszek addresses the audience, holding a microphone and gesturing thoughtfully. His passion for sharing knowledge shines through as he presents.

I wracam do domu, siadam z tym moim Witherspoonem, i myślę: tam na górze, nad studnią, jest cały wszechświat. Peszek go widzi. Od pięćdziesięciu lat go widzi.

Czy następnym razem ktoś z nas podniesie głowę.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.