Wspomnienia powracają wraz ze zbliżającym się świętem. Ekran telefonu bezmyślnie wyświetla przypomnienia: kto, gdzie i z kim był tego dnia. Podczas mojej pierwszej podróży do Indii, Diwali w Musiri zaczęło się od porannej kawy, a potem powitania u przyjaciół, Priyi i Kannana, wspólnego spaceru po bananowej plantacji i rozmów o fotografii. Huk petard rozległ się dopiero potem, a zaraz po nim pojawiło się jedzenie, całe mnóstwo jedzenia. Tego z południa, takiego, jakie mi najbardziej smakuje. Tamtego dnia ludzie zapewne nie zastanawiali się nad wielkimi konstrukcjami filozoficznymi. Byli razem, śmiali się, jedli i odpalali petardy.
Wtedy napisałem, że petardy mają odstraszyć to, co niedobre, i przypomnieć, że przeszłość minęła i już nie powróci. Dziś, wciśnięty w oparcie fotela, czytam to zdanie z taką pobłażliwością, jaką ma się dla własnych, zbyt prostych notatek z tamtej podróży.

Przecież dokładnie wiem, że przeszłość wraca. Wraca z wojnami i kłamstwem uprawianym jak zawód, z pogardą dla słabszych i z pewnością, że mój Bóg jest większy od Boga sąsiada, a moja racja jest tak święta, że można w jej imię skrzywdzić drugiego człowieka. Zło ma znakomitą pamięć. Niestety my nie.
8 listopada Indie ponownie rozświetlą się. Na progach staną gliniane lampki diya, ulice rozbłysną kwiecistymi girlandami, a tysiące komórkowych zdjęć zacznie krążyć między kontynentami, pokazując innym pocztówkowy obraz. Tu na Zachodzie nauczyliśmy się wszystko upraszczać, więc nazywamy to świętem światła, a jest to prawda mniej więcej taka sama jak ta, że Chicago nazywamy Wietrznym Miastem: nazwa przylgnęła, a wyjaśnia bardzo niewiele.
Święto światła i banalizacja symboli
Bo światło samo niczego jeszcze nie znaczy. Oświetla drogę i równie chętnie miejsce zbrodni, odbija się od pozłacanego ołtarza, ale także od wypolerowanej lufy. Można zapalić tysiąc lamp i pozostać człowiekiem ukrytym w ciemności. Można też nie zapalić żadnej i w najtrudniejszej chwili zrobić coś, po czym świat staje się odrobinę jaśniejszy. Więc teraz łapię się na tym, że Diwali interesuje mnie coraz mniej jako widowisko, a coraz bardziej jako pytanie, starsze od naszych państw, partii i granic. Starsze zapewne od większości znanych religii, którymi tak nieudolnie próbujemy podporządkować sobie świat. Czy dobro naprawdę zwycięża zło?
Indie na to pytanie próbują odpowiedzieć od tysięcy lat i robią to wieloma głosami. Na północy kraju opowiada się o Ramie wracającym do Ajodhji po pokonaniu Rawany, na południu o zwycięstwie Kryszny nad Narakasurą. W wielu domach tego wieczoru najważniejsza jest Lakszmi, bogini pomyślności, dźiniści wspominają Mahawirę, a sikhowie uwolnienie Guru Hargobinda. Różni bogowie, różne języki, różne rytuały, a pod spodem zadziwiająco podobna myśl: ciemność nie jest stanem ostatecznym.

Tyle że w tych wszystkich opowieściach zło ma jedną zaletę. Łatwo je rozpoznać. Weźmy choćby Dasarę, przypadającą w tym roku na 20 października, kilkanaście dni przed Diwali. W wielu miejscach Indii pali się wtedy olbrzymie kukły Rawany, tego z dziesięcioma głowami, a do środka wkłada się ładunek prochu. Po takim ogniu i wybuchu trudno się pomylić. Gorzej, gdy zło nie ma dziesięciu głów, ma tylko jedną, a do tego garnitur albo mundur, jakiś religijny symbol, a czasem, w głowach ludzi z poprzedniej epoki, głębokie i szczere przekonania, że próba naprawy jest kolejną manipulacją. Wtedy nie ma kukły wypełnionej prochem, którą można bezpiecznie spalić.
Wygląda na to, że prawdziwe Diwali zaczyna się gdzieś indziej niż tylko ogniem w małej lampce. Ono zaczyna się w trudnym i coraz mniej modnym przekonaniu, że prawda ma znaczenie, że przyzwoitość wciąż nie jest naiwnością, nawet jeśli przez jakiś czas przegrywamy, i co najważniejsze, że człowiek odmawiający udziału w kłamstwie nie jest głupcem, choć tymczasem kłamcy mają więcej pieniędzy, władzy i kamer telewizyjnych dookoła siebie.
Bo łatwiej zapalić lampkę niż być światłem. Łatwiej wysłać „Happy Diwali” ze zdjęciem z drogiego smartfona niż powiedzieć prawdę, kiedy ta zaczyna mieć swoją cenę.

W tej lampce jest zresztą coś, co zwykle umyka uwadze. Stawia się ją bowiem na progu domu, a nie w jego głębi, tak by można ją było dostrzec z ulicy. Interpretuję to jako wiadomość do sąsiadów, że w tym domu jest jeszcze ktoś, kto nie zgodził się na ciemność. Mam wrażenie, że przyzwoitość lubi towarzystwo, bo trudniej się ugiąć, kiedy widać, że ktoś inny nie ugina się na następnym progu.
A przecież każda diya jest taka mała, gliniana i nigdy doskonała. Leonard Cohen w „Anthem” kazał zapomnieć o doskonałej ofierze, z prostej przyczyny: w każdej rzeczy jest pęknięcie i tamtędy wpada światło. Nie przez ogromny witraż katedry, a przez wąską szczelinę. To właśnie jest nadzieja.
There is a crack, a crack in everything. That’s how the light gets in.
Ta mała lampka, którą zapalimy w tym roku, nie rozświetli miasta ani nie rozproszy tej gęstej ciemności, która zdaje się brać władzę nad światem. Daje światło na metr, no może na dwa. Ale to wystarczy, by z jednego progu było widać następny.









[…] zależności od regionu północ/południe święto Diwali trwa od czterech do pięciu dni, a każdy z nich poświęcony jest czemuś innemu. Kalendarz obchodów […]