Mieszkam w Stanach Zjednoczonych, obecnie jest mi bliżej do zrozumienia tego, co tu się dzieje, niż kilkadziesiąt lat temu. Piszę więc ten tekst z perspektywy osoby, która płaci podatki i trzyma szeroko otwarte oczy.
The Day After obudziłem się jak zwykle, usiadłem do porannego śniadania, a z nim do mocnej kawy. Chwyciłem w rękę telefon — niestety mam jeszcze takie przyzwyczajenia — przeleciałem wzrokiem po społecznościowych ściankach i tam właśnie natrafiłem na to zdanie: „Nov 3rd the day AMERICA COMMITTED SUICIDE.” Ktoś za J.D. Vance’em i resztą radykałów ogłaszał, że oddając Kongres Demokratom, Ameryka właśnie założyła sobie pętlę na szyję. Bo wojny, bo zdrada, bo koniec świata.
Obok mignęły mi jeszcze dwie Polki — idiotki w czapkach, które poszły gdzieś do komisji wyborczej szukać sensacji. Mógłbym napisać, że to zwykłe patocelebrytki, ale boję się, że w ogóle pisząc o nich, wywołam zainteresowanie tematem — a przecież dokładnie o to im chodzi. Zresztą to takie nasze, polskie, tak głęboko zaściankowe, że zbywam to, bo zwyczajnie wstyd. Pisałem już o tym w Na chwilę i na zawsze: najgłośniej krzyczą ci, którzy mają najmniej do powiedzenia.
Siedziałem więc nad tą poranną kawą, patrzyłem na ten pośmiertny skowyt wylewający się z ekranu telefonu i zamiast Waszyngtonu zobaczyłem nagle wyspę Pamban i spaloną słońcem drogę do Dhanushkodi, którą nie tak dawno przemierzałem śladami „Ramajany”.

Sceneria dawnego mitu z „Ramajany” o królu Valim dziwnie przypomina dzisiejszy powyborczy lament obozu MAGA.
Jest u Walmikiego scena, która o upadającej władzy mówi więcej niż wszystkie światowe katedry politologii. Król małp, Vali — istota o gigantycznej sile, rządząca przez strach i upokarzanie słabszych — pada przeszyty strzałą Ramy. Strzała przylatuje z boku, zza drzewa. I co robi konający tyran, który wcześniej wygnał brata i zagarnął jego żonę? Uderza się w piersi? Ależ skąd! Leży w kurzu i z pianą na ustach prawi kazania o honorze. Oskarża Ramę o zdradę i strzał z ukrycia. Umiera w głębokim przekonaniu, że jest jedyną ofiarą w całym lesie.
Lament obozu MAGA po tym, jak wyborcy odebrali Republikanom Kongres
Wypisz-wymaluj dzisiejszy obóz MAGA po obu stronach Atlantyku. Kiedy 3 listopada wyborcy odebrali Republikanom Izbę Reprezentantów i Senat, usłyszeliśmy ten sam lament Valiego. Człowiek, który płaci tu podatki, skrupulatnie liczy rachunki ze sklepu, patrzy na rozgrzebany konflikt z Iranem, na pohukiwania wokół Grenlandii czy Kanady i mówi przy urnie zwykłe „dość” — zostaje natychmiast ogłoszony samobójcą.
Tyle że za tą histerią dla mas kryje się znacznie zimniejsza prawda.

Gdy Kongres przechodzi w ręce Demokratów, za powyborczą histerią MAGA zostaje już tylko zimna kalkulacja i walka o własne dziedzictwo.
Kilka godzin temu przez amerykańskie media — od „The Washington Sun” po „Yahoo News” — przemknęło jedno zdanie człowieka z wnętrza republikańskiej machiny. Strateg bliski Białemu Domowi, pytany o ostatnie dwa lata kadencji Donalda Trumpa po utracie Kongresu, odpowiedział krótko: „Po listopadzie prezydent będzie miał wszystko w dupie i skupi się wyłącznie na własnym pomniku” („The president really won’t give a f— after November and will be focused solely on his legacy”).
Koniec kadencji Trumpa: mesjasz z memów i pomnik własnego ego
Przeczytałem to zdanie dwa razy. I pomyślałem o ludziach z naszych chicagowskich przedmieść, którzy wieszali na płotach banery i kłócili się z własnymi dziećmi przy niedzielnym stole. Tuż obok nas, na polonijnych profilach, całkiem serio krążyły przecież memy z Trumpem jako Jezusem, zbawicielem świata, albo samotnym tytanem dźwigającym na barkach kulę ziemską. To nie jest tylko odpustowe. To bardzo niski rodzaj sztuki „sakralnej” dla motłochu.
Kiedy jednak malowany tytan traci większość w Kongresie, mesjańska poza znika. Nie będzie negocjowania ustaw ani łatania budżetu. Dostaniemy rządy dekretów, budowanie pomników własnego ego w Waszyngtonie, wojnę między komisjami Demokratów a Departamentem Sprawiedliwości i taśmociąg prewencyjnych ułaskawień.

Po utracie Kongresu mit niezatapialnego lidera pęka, a miejsce wielkiej polityki zajmuje walka z komisjami Demokratów.
Sam prezydent nawet się z tym nie kryje. Pytany o przyszłe ułaskawienia dla swoich, rzuca: „Biden też tak robił, a ja zrobiłem to dla ludzi z 6 stycznia”. Jednym zdaniem przechodzi do porządku nad tym, co zrobił dla ludzi, którzy 6 stycznia złamali prawo, szturmując Kapitol i tratując policjantów. Z agresywnej tłuszczy zrobił męczenników, plując w twarz funkcjonariuszom i rodzinom zabitych w tamtym rajdzie głupoty i nienawiści.
A gdzie w tym wszystkim jest ów „zwykły człowiek”? Tam, gdzie zawsze. Na parkingu przed supermarketem, z paragonem w dłoni. Roztrzęsiony przy dystrybutorze na stacji paliw.
Co utrata przez Trumpa większości i gniew MAGA oznacza dla Polski i jak zadziała nowy Kongres
Przeczytałem dziś na Onecie tekst Witolda Jurasza, który pisze wprost: wyborcza klęska Trumpa to dla Polski dobra wiadomość. Trudno odmówić mu logiki. Przez dwa lata patrzyliśmy na administrację, która sojusze traktowała jak kasyno, przegrała wojnę celną z Chinami, a Ukrainie wstrzymała pomoc wojskową, wypychając Kijów do kapitulacji. Kongres nie będzie teraz pisał depesz za Sekretarza Stanu, ale w polityce działa brutalna fizyka: lider odarty w kraju z mitu niezatapialności traci połowę siły rażenia za granicą. Przy okazji pęka ulubiona iluzja polskiej prawicy, która od lat wiesza całe bezpieczeństwo państwa u jednej, partyjnej klamki w Białym Domu — jakby amerykańska demokracja nie wymieniała zamków co dwa lata.

Gdy opada kurz po przegranej Trumpa, pozostaje gorzkie pytanie o nasze plemienne emocje i ślepą wiarę w politycznych zbawców.
Nie mam cienia złudzeń wobec zwycięskich Demokratów. Kto mieszka tu dłużej niż jedną kadencję, ten wie, że radykalne skrzydło nowej większości z rozkoszą zamieni najbliższe dwa lata w telewizyjny festiwal wezwań prokuratorskich. Nie łudzę się też, że człowiek jest z natury łagodnym barankiem. Historia i biologia mówią jasno: potrafimy być okrutnie plemienni, gdy ktoś wskaże nam wroga, a do tego tuż za płotem.
Ale jednej rzeczy ludzki układ nerwowy na dłuższą metę nie znosi. Życia w permanentnym stanie przedzawałowym we własnym domu.
Polityczni podpalacze żywią się konfliktem, bo konflikt to zasięgi, wpłaty na kampanię i tania adrenalina. Tyle że państwo nie może działać jak oblężona twierdza, gdzie każde wyjście po chleb przypomina szturm na bagnety. Amerykanie we wtorek nie popełnili samobójstwa. Zrobili coś czysto fizjologicznego: przekręcili bezpiecznik w rozgrzanej do czerwoności skrzynce, zanim cały ten pięćdziesięciopokojowy dom z dykty i gipsu zajął się ogniem.
Król Vali może jeszcze przez dwa lata krzyczeć zza kolumn Białego Domu, że strzelano do niego zza drzewa, a jego wyznawcy na Facebooku mogą ogłaszać koniec świata. Świat za oknem wcale nie zamierza dzisiaj umierać. Chce po prostu dopić poranną kawę. Bez cudzego palca w cukiernicy.








