Man holds open book titled "A Dialogue with Death.

Lotniska

Kiedy igła opada na czarny, tłoczony w Niemczech winyl albumu „Zeit” Tangerine Dream, czas natychmiast ulega deformacji. Zwalnia, rozciąga się i gęstnieje. Dwie płyty, cztery długie strony, a na nich ani jednego uderzenia perkusji, wszystko to sprawia, że pokój zawiesza się w dziwnej przestrzeni, w której nic nie musi się wydarzyć.

Podobnego zjawiska doświadczam ostatnio na co dzień, i to bez udziału gramofonu czy wzmacniacza. Przygoda z „Waldkauzem” dobiegła końca. Zostało po niej sporo emocji, odłożona na półkę książka i ten szczególny stan pomiędzy, kiedy rozglądam się za następną opowieścią, ale jeszcze po nią nie sięgam.

Pile of ancient human skulls and bones with coins.
A haunting collection of human skulls and bones, with coins placed in the eye sockets of some.
This somber display evokes thoughts of history, mortality, and ancient rituals.

W takim zawieszeniu słowo odchodzenie, które nasza kultura ubrała w żałobny tren i zarezerwowała dla nekrologów, zyskało dla mnie zupełnie nowe, niemal namacalne znaczenie. Nie jest to więc ucieczka w zaświaty, lecz powolne, bardzo celowe wypisywanie się z codziennej geometrii przymusu. Z tego nieustannego galopu między jednym pilnym obowiązkiem a drugim, który — nie ma tu co ukrywać — za tydzień i tak nie będzie miał żadnego znaczenia.

Lotniska Wschodu i sztuka zwalniania

Zauważyłem, że najwyraźniej widać to na lotniskach. Na Zachodzie terminal to zaledwie przedłużenie korytarza biurowego: kolejki, procedury, zdejmowanie butów, wyciąganie paska ze spodni i nerwowe spoglądanie na zegarek, podczas gdy butelkę wody w plecaku traktuje się jak ładunek wybuchowy. Zdyscyplinowana masa. Prawdziwe odchodzenie zaczyna się na lotniskach Wschodu, daleko od sterylnych standardów O’Hare. W Indiach woda w przyniesionym ze sobą bidonie jest oczywistością, niemal świętością, a nie powodem do rewizji. Tam, siedząc w gęstej, hałaśliwej hali odlotów, można nareszcie przestać uczestniczyć w wyścigu. Można po prostu usiąść i patrzeć na nieznanych ludzi: obserwować ich makijaż, kolor skóry, biżuterię, ciche zmęczenie w kącikach oczu.

Dorastałem w szarym kraju, gdzie jako młody chłopak kontestowałem rzeczywistość, szukając guza na równie szarych, betonowych i wówczas nieomal pustych ulicach mego miasta. Wtedy ucieczka od nudy musiała być głośna, wybuchowa, podszyta całkowitą ignorancją wobec tego, co się posiadało. Dziś, gdy świat wokół próbuje ci bez przerwy coś wytłumaczyć, sprzedać i nakłonić do zajęcia stanowiska, największym nieposłuszeństwem jest po prostu usiąść w kącie terminala. Zrozumieć, że można żyć inaczej. Wolniej. Bez tej wiecznej zadyszki.

Brass plaque marking Vasco da Gama's temporary burial in Cochin.
This historical plaque in Cochin marks the initial burial site of the famous explorer Vasco da Gama, who died here in 1524.
His remains were later repatriated to Portugal.

Kilka lat temu w takiej właśnie poczekalni moje ścieżki przecięły się z kobietą sporo ode mnie starszą, która prowadziła studio jogi w podmiejskim Elgin. Leciała do Delhi, by docelowo dotrzeć do Riszikeszu. Wszystko dlatego, że jakaś młoda, pełna entuzjazmu Amerykanka skrzyknęła grupę seniorów, kazała im spakować walizki i wywiozła ich na drugi koniec świata. Zderzenie przedmieść Illinois — krainy równo przystrzyżonych trawników — z porankiem nad Gangesem dobrze tłumaczy to lotniskowe uczucie. Ta kobieta w najbardziej naturalny sposób praktykowała odchodzenie. Zrozumiała, że dojrzałość polega na tym, by przestać szarpać się z oczekiwaniami otoczenia.

Teraz sam siedzę w podobnej poczekalni, tyle że kalendarzowej. Za kilka dni do Indii powróci Diwali, o którym nie tak dawno napisałem w „Metrze światła”. Zanim jednak na progach domów zapłoną małe, gliniane lampki diya, przejdziemy przez nasz listopadowy dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki. Przez cmentarne aleje, zapach mokrych liści i topiącego się wosku. W tym cichym zawieszeniu między końcem października a początkiem listopada dostrzegam, że te dwa święta wcale nie pochodzą z dwóch przeciwległych biegunów. One mówią o dokładnie tym samym progu.

Zostań na dłużej.
Jeśli moje teksty dają Ci coś do myślenia, zapisz się. Kolejny otrzymasz e-mailem — bez czekania, aż pokaże go Facebook albo Instagram.


Możesz zrezygnować w każdej chwili.

Zrobiliśmy wiele, żeby o tym progu nie myśleć. Wyprowadziliśmy śmierć za rogatki miast, zasłoniliśmy ją szpitalnym parawanem, oddaliśmy w ręce tanatokosmetologów, a w końcu przykryliśmy sztuczną trawą. Zredukowaliśmy ją do wstydliwego błędu w systemie, o którym nie wypada rozmawiać przy stole. Wycięliśmy śmierć z kadru, dziwiąc się potem, że sam obraz życia stracił głębię ostrości.

Kaplica Czaszek w Sedlcu – imperium ciszy

A przecież kiedyś potrafiliśmy patrzeć w tę stronę bez odwracania głowy. Amerykański historyk sztuki i fotograf Paul Koudounaris w książce „The Empire of Death” przejechał dwadzieścia krajów na czterech kontynentach, dokumentując ponad siedemdziesiąt ossuariów i kaplic czaszek. Tytuł zaczerpnął z napisu wykutego nad wejściem do paryskich katakumb: „Arrête! C’est ici l’empire de la Mort” — „Zatrzymaj się! Oto imperium śmierci”. Koudounaris przypomina rzecz dziś niemal zapomnianą: dawne kostnice nie powstawały po to, by straszyć. Były miejscami wyciszenia, w których śmierć traktowano z najwyższym respektem jako naturalne dopełnienie doczesności. Kość nie była tam odpadkiem chowanym w pośpiechu pod ziemię, lecz materialnym śladem pamięci i namacalnym dowodem czyjejś obecności.

Pamiętam niepowtarzalny, kamienny chłód sprzed lat, kiedy w Czechach schodziłem po stopniach do dolnej kaplicy w Sedlcu pod Kutną Horą. Opisałem historię tego miejsca we wpisie „Ziemia Święta w sercu Europy” i nie ma potrzeby powtarzać teraz tamtych kronik. Ważniejsze jest to, co dzieje się z człowiekiem w środku, kiedy po pierwszym odruchu zdziwienia opuszcza aparat fotograficzny i staje w ciszy pod ogromnym żyrandolem złożonym ze wszystkich kości ludzkiego szkieletu.

Chandelier and decorations made of human bones inside a chapel.
Step into the haunting beauty of this chapel, adorned with an extraordinary chandelier and decorations crafted entirely from human bones.
A truly unique and somber historical site.

W półmroku tej niewielkiej krypty cały nasz codzienny jazgot nagle gaśnie. Patrzysz przez szybę gabloty na czaszkę sprzed pięciuset lat z wyraźnym śladem po uderzeniu cepa bojowego, a krok dalej na cztery milczące piramidy ułożone z kości czterdziestu tysięcy ludzi bez ani jednego spoiwa. Leżą tam obok siebie średniowieczni chłopi, zamordowani zakonnicy, husyci i zamożni mieszczanie z Kutnej Hory. Wapń nie uznaje kasty, paszportu, stanu konta ani racji, za które jeszcze wczoraj gotowi byliśmy skakać sobie do gardeł. Wszystkie ziemskie hierarchie zostały sprowadzone do prostej, spokojnej symetrii.

Śmierć w Sedlcu nie upokarza życia — ona nadaje mu właściwy ciężar. Kiedy w ubiegłym roku w ciągu jednego lutowego weekendu odeszły trzy obecne w moim świecie osoby, pisałem w tekście „Ludzie umierają”, że nigdy nie byliśmy czymś stałym. Jesteśmy ruchem, chwilową konfiguracją atomów, płomieniem, który płonie, dopóki ma co spalać, i zostaje później tylko w pamięci tych, których ogrzał. Dlatego świętowanie umierania — czy to w zadusznym skupieniu nad grobem, w podziemiach czeskiej kaplicy, czy przy ogniach nad brzegiem Gangesu — nie ma nic wspólnego z rozpaczą. Jest najwyższą formą szacunku dla samego faktu, że w ogóle tu jesteśmy. Śmierć to najważniejszy etap naszego życia. Suwerenny moment przejścia, który jak cisza po ostatnim akordzie sprawia, że wcześniejsza muzyka w ogóle mogła wybrzmieć.

Dopiero gdy spokojnie przyjmiesz do wiadomości, że ten próg naprawdę istnieje, przestajesz trwonić czas na cudze wyścigi.

Ornately dressed saintly relic in glass coffin, red velvet.
An ancient, intricately dressed relic rests on plush velvet, adorned with a crown and flowers. This historical artifact showcases a blend of reverence and opulent artistry.

Każda obserwacja z lotniskowego krzesełka podszyta jest przecież pewnym złudzeniem bezpieczeństwa. Za kilka chwil wielka maszyna wzbije się w powietrze, krajobraz za oknem zmieni się w rozmytą plamę, ale lecąc, masz w kieszeni bilet powrotny — wiesz, że za parę tygodni wylądujesz w punkcie wyjścia, wrócisz za to samo biurko, do tych samych kabli i ekranów. Nawet kiedy w pokoju wybrzmi ostatni dron z czwartej strony „Zeit”, zawsze możesz podejść do gramofonu, podnieść ramię z igłą, przełożyć krążek na pierwszą stronę i zacząć odsłuch od początku.

Tylko że z nami będzie inaczej. Kiedy przyjdzie nasz czas i naprawdę zamkną się za nami drzwi ostatniego terminala, żadnej powtórki już nie będzie. Igła podniesie się tylko raz. I właśnie dlatego, że to życie w tym kształcie nigdy więcej się nie powtórzy, warto czasem usiąść w poczekalni i posłuchać, jak brzmi, zanim dobiegnie do ostatniego rowka.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.