Siedzieliśmy z Dorotą w Orchestra Hall — tak, dokładnie w tej samej sali, w której przed laty grał Paderewski — i patrzyłem na scenę pełną ludzi. Razem to przecież ponad sto pięćdziesiąt osób. Każdy z własnym, osobnym wszechświatem w głowie. Wszechświatem tak często odmiennym od naszych najsztywniejszych wyobrażeń i zadowolonej z siebie pewności.
Grali muzykę, którą Ameryka nuci od dekad, nie mając pojęcia, że napisali ją Polacy. Wars, Kaper, Young, Kaczmarek. Hollywood obsypywał ich nagrodami. A my zdążyliśmy o nich zapomnieć. Tak, jakbyśmy całkowicie i bez żalu zaakceptowali przemijanie, w cichej zgodzie oczekując tylko, że kiedy nadejdzie nasza pora, o nas też zapomną.
Czwartego lipca tego roku Ameryka skończyła dwieście pięćdziesiąt lat. Ćwierć tysiąclecia. Nieważne, jak długo tu mieszkamy — nasze lata na tym lądzie kojarzą się raczej z posiadaniem, dorabianiem się, z tym, co czysto materialne. Ale byli wśród nas tacy, którym życie brzmiało muzyką, sztuką, czymś znacznie większym niż kolejna wypłata. A skoro ten kraj jest teraz tak piękny i bogaty, a my potrafimy czerpać z tego korzyści, rodzi się w końcu pytanie: kto właściwie skomponował muzykę, przy której rósł ten amerykański duch?

Niedziela, 27 września, Chicago Symphony Center. Barbara Bilszta — założycielka Paderewski Symphony Orchestra — wymyśliła to jesienią minionego roku. Pomysł przedziwny, ekwilibrystyczny wręcz: zebrać w jednym koncercie Chopina, Warsa, Kilara i Kaczmarka, do tego jazz, swing, Miłosza i musical — i jakoś z tego zbudować spójną całość. Od pomysłu do Orchestra Hall minęło kilkanaście miesięcy ciężkiej pracy jej i Wojciecha Niewrzoła — ludzi, którzy od 1997 roku budują coś, co przetrwa dłużej niż jedno pokolenie. Patrząc na to, co ujrzałem i usłyszałem na scenie, powiem jedno: było warto. Każda godzina przygotowań, każda bezsenność, każda Basi niepewność — było warto.

Mariusz Smolij za pulpitem, młodzi muzycy Akademii PaSO otworzyli Paderewskim i Kilarem — i grali jak dorośli. Matilda Smolij zaśpiewała „Simple Song” Bernsteina. A potem usiadł do fortepianu Mateusz Dubiel — dwukrotny zwycięzca Ogólnopolskiego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina i „Odkrycie Roku” Koryfeuszy Muzyki Polskiej — i zagrał Koncert e-moll Chopina.

Za pulpitem stanął Janusz Stokłosa i wszystko się zmieniło. Grażyna Auguścik ze swoją grupą otworzyła Mazurkami Chopina — i w tym momencie sala usłyszała, dlaczego Chicago Tribune nazwał ją kiedyś jazzową chicagowianką roku. Głos, który potrafi zrobić z Mazurka coś, czego Chopin pewnie nie potrafiłby sobie wyobrazić, ale co by mu się spodobało. A potem dreszcz poruszenia przeszedł przez salę — Victor Young, „Johnny Guitar”.

Tancerze Lajkonika wdarli się na scenę przy dźwiękach „Sing, Sing, Sing” i zrobiło się gorąco w sposób, jakiego nie spodziewasz się po koncercie symfonicznym, jeśli jesteś osobą na to nieprzygotowaną, jak większość publiczności wokół ciebie. Od tego momentu czas przestał mieć znaczenie. Wars, Kaper, Young, Kaczmarek z jego Oscarem za „Marzyciela” — muzyka przypominała, kto ją napisał. Andrzej Krukowski zinterpretował „Późną dojrzałość” Miłosza. Marcin Franc zaśpiewał „Psalm 62″ tego samego poety w opracowaniu Stokłosy. Wieczór zamknęła „Wieża Babel” z musicalu „Metro” — wszyscy, soliści, chór, orkiestra. Publiczność wstała i nuciła refren. W kuluarach po koncercie słychać było już tylko zachwyty. To było wyjątkowe doświadczenie miejsca, czasu i autorów.

Wracaliśmy z Dorotą do domu i milczałem przez chwilę. Muzyka była wspaniała, ale przecież w tym wszystkim chodziło o coś innego. Myślę, że o szacunek. Do tych, którzy odeszli, a tworzyli fundamenty Polonii tutaj, w Chicago. Do milionów, którzy tu mieszkali, mieli rodziny, budowali te strzeliste kościoły, tworzyli szkoły i orkiestry. Nie przybyli tu tylko po to, żeby napełnić walizki i wrócić. Zostali. Zostawili po sobie coś trwałego. Zostawili także siebie. Całego siebie. Tutaj odeszli.
Przed koncertem robiliśmy sobie zdjęcia przy lwach strzegących wejścia do Art Institute — choć „strzegących” to za dużo powiedziane. One nikogo nie straszą. Siedzą tam od ponad stu lat jak dwa sfinksy, które dawno znają odpowiedź na każde chociaż najdrobniejsze pytanie, ale nie zamierzają jej zdradzić. Podeszliśmy do tablicy Route 66 — tu też zaczynała się podróż, nieco inna, ale jednak. A potem usiedliśmy w Orchestra Hall i przez dwie godziny poczuliśmy, skąd przyszliśmy i dokąd warto zmierzać. I powiem wam — dawno tak dobrze nie spędziłem niedzielnego popołudnia.
A ci, co nie przyszli? Ci, co na forach społecznościowych zawsze wiedzą najlepiej, co Polonia powinna, czego Polonia potrzebuje, dokąd Polonia zmierza? Ci, co mają receptę na wszystko, od polityki po muzykę, od kultury po ich Boga? Zamknęli usta. Akurat wtedy, gdy na scenie stu pięćdziesięciu wykonawców oddawało hołd marzeniom milionów, którzy tu byli przed nami — ich klawiatury milczały. Łatwiej jest pisać niż przyjść. Łatwiej komentować niż uczestniczyć. Łatwiej się nazywać Polakiem niż nim być. I to jest ta prawda, która boli najbardziej — że ludzie, którzy mówią najgłośniej, najrzadziej podnoszą tyłki z kanapy.
Polonijne organizacje można lubić lub nie. Można uczestniczyć w ich życiu lub nie. Ale tych, którzy tu byli przed nami — i którzy już nie wrócą chyba, że na Zaduszki Jazzowe, ale te też dzielą od lat — nie wolno wymazać z pamięci. Bo oni nie pisali komentarzy. Oni budowali.
Polska dusza. Amerykański duch.








