Siedzę w domu, z prostym tekstem „Arszeniku i starych koronek” na kolanach, uczę się roli Pana Witherspoon’a i łapię się na tym, że chciałem go podglądać. Jakiż ja jestem naiwny. Jakby można było podejrzeć Peszka i cokolwiek z tego wynieść. Dopiero teraz, dzień po spektaklu, dociera do mnie, że to jest jeden człowiek o tysiącu życiorysów i że te wszystkie postacie z nim zostają, żyją w nim dalej, a ja z moim jednym Witherspoonem stoję przed lustrem i próbuję złapać choćby cień tego, co on robi z oddechem, z pauzą, z jednym słowem.
Ale po kolei.

PaSO Music Academy na Lawler, ta dawna sala kościelna — stąd pewnie ten zapach starych słów, które dawno minęły i zacierają się przez coraz to nowsze koncerty i spotkania. Wchodzimy z Dorotą, siadamy, rozglądam się. Te same twarze. Ludzie znani, znajomi, widziani i spotykani wielokrotnie tu i w innych miejscach, gdzie spotyka się chicagowska Polonia, gdy ktoś przyjedzie, gdy ma się coś wydarzyć. Swoją drogą, to taki szablon — co wydarzenie, to inna grupa ludzi. Ta sama grupa.
Pamiętam pierwszy Kongres Teatru Polskiego w Chicago, pierwsze rozpoczęcie w PMA — byłem tam jako fotograf i widziałem przede wszystkim stres na twarzach twórców. Jak to wypadnie, czy ktoś przyjdzie, czy coś z tego wyrośnie. Ósma edycja jest zupełnie inna, pewna siebie, można by rzec buńczuczna, ale w tym dobrym, zasłużonym znaczeniu. Przez te lata oglądałem wiele wystawień, są wśród nich moje ukochane — na podstawie Tuwima, Herberta. Rozwój, dojrzewanie, wzrost. Po ojcowsku czuję się dumny, gdy widzę jak dojrzewają twarze i słowa.
Ale wiecie co? Boli mnie brak tych, których tu nie ma. Bo tak wielki artysta, aktor z takim dorobkiem, przelatuje przez Chicago jak kometa — raz, i znika. A na widowni cisza po tych, co potem krzyczą najgłośniej, jacy są ważni, jacy mądrzy, jacy dla nas niezbędni. Nie można czerpać z nalanego dzbana, jeśli samemu nie dodało się do niego ani kropli. A Kultura? Pomijana, trywializowana, monetyzowana i spychana na pobocze — wciąż się do nas uśmiecha. Wciąż daje kolejną szansę. Ale co jeśli tym się zmęczy? Jeśli przestanie? Zostaniemy zwykłymi odbiorcami dóbr materialnych — i to ma nam wystarczyć?
Peszek wszedł na scenę i wszystko inne przestało istnieć.

Osiemdziesięciodwuletni Jan Peszek otwierał VIII Kongres Teatru Polskiego w Chicago monodramem, który gra od pięćdziesięciu lat. Ponad trzy tysiące razy. „Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” Bogusława Schaeffera — tekst z 1963 roku, prapremiera w 1976, rola pisana z myślą o Peszku, choć Schaeffer przyznał to dopiero po latach. Powiadam wam — to jedno z najpiękniejszych przeżyć teatralnych, jakie kiedykolwiek miałem.
Fascynowało mnie, jak w ułamku sekundy potrafił zmienić wszystko — słowem, akcentem, intonacją naśladował kogoś kompletnie innego, był nie do poznania, by moment później naśmiewać się z tego co właśnie powiedział i zamienić całość w farsę. I tu był przysłowiowy pies pogrzebany — bo słowa były cholernie ważne, a błazenada była sposobem, żeby je podkreślić. Tak jak celowo otwieram przesłonę, żeby tło stało się rozmazane, a twarz na pierwszym planie nabrała ostrości.

Publiczność śmiała się w odpowiednich momentach. Ale miałem wrażenie jej nieprzygotowania. Peszek ma swoje lata i jego wygibasy na drabinie — te ekwilibrystyczne wspinaczki po szczeblach — przyprawiały ludzi o dreszcze. Że upadnie, że zrobi sobie krzywdę. Oceniamy innych na podstawie siebie samych i osoby starsze, schorowane, siedząc na widowni, bały się naprawdę. Bardziej obserwowały drabinę niż słuchały tekstu.
Ale ta drabina, ta błazenada — to jest pierwsza warstwa. To, co na wierzchu, jest twarde i widoczne. Dopiero po pewnym wysiłku trafiamy pod spód. A tam zaczyna się zupełnie inny świat. Miękki i delikatny. Ważny i prawdziwy. Trudno do niego dotrzeć. A kto, kurwa, wie, że to fizyk? — powiedział Peszek. Wypadł z autobusu, ale kto wiedział, że był fizykiem?
Czytam teraz Murakamiego, „Ptaka Nakręcacza”. Jest tam studnia, do której bohater schodzi i siada na dnie. Patrzy w górę. Nad nim mały otwór, a w nim nocne niebo usłane gwiazdami. Ogrom świata i wszechświata. A on na dole, w ciasnej, wilgotnej ciemności — i skąd ma wiedzieć, po widoku tego skrawka nad głową, jaki ten świat jest naprawdę?
Siedząc w PaSO, wśród tych samych twarzy, w tym ciepłym, znajomym, ciasnym światku, myślałem o tej studni. Bo my, publiczność, siedzieliśmy na dnie. A Peszek był na górze. Stamtąd, ze szczytu, zaserwował nam świat ogromny — pół wieku scenicznego doświadczenia skompresowane w jedną godzinę, w jednego człowieka, w jedną drabinę i kilka metrów desek. A my na dole oceniamy tak, jak pozwalają nasze zmysły i nasza wiedza. Zachwycimy się gwiazdami, pokiwamy głowami, a potem wracamy do niewygodnej pozycji na dnie studni. Do codzienności. Do tego co znamy.

I wracam do domu, siadam z tym moim Witherspoonem, i myślę: tam na górze, nad studnią, jest cały wszechświat. Peszek go widzi. Od pięćdziesięciu lat go widzi.
Czy następnym razem ktoś z nas podniesie głowę.








