Siedzimy w sali kinowej. Światła zgasły dawno temu, film leci, a my nie pamiętamy, kiedy kupiliśmy bilety. Nie pamiętamy, bo ich nie kupowaliśmy — ktoś je za nas wykupił, zanim zdążyliśmy zapytać, co grają. Na ekranie kręci się coś, co wygląda jak rzeczywistość, ale nią nie jest. I nikt nie wstaje, bo fotele są wygodne, popcorn jest ciepły, a drzwi wyjściowe — sprawdziłem — są zaryglowane od zewnątrz.
Nie jestem najlepszym rozmówcą, gdy dyskusja schodzi na politykę. Znam takich, którzy idą w zaparte i twierdzą, że ich to nie dotyczy, że są rodzicami, że chcą szczęścia dla rodziny — ale to nieprawda. Żyjemy w czasach, gdy polityka bezceremonialnie wchodzi nam do domu, siada obok nas przy obiedzie, dyktuje ceny produktów w lodówce, decyduje o tym, co oglądamy, co czytamy na ekranach naszych smartfonów i z jakim nastawieniem budzimy się rano. Smutne to.

This evocative scene blends music, solitude, and the vastness of space.
Nie rozmawiam o polityce, bo zwyczajnie, po ludzku, nie potrafię. Przegrywam zaraz w pierwszym zdaniu, sromotnie. Polityczni zapaleńcy — nieważne z której strony barykady — sprowadzają mnie na łopatki w ciągu sekundy, leżę potem na deskach i kwiczę, a oni idą dalej, bo mają większe doświadczenie i pokonują mnie bez najmniejszego problemu. Taki ze mnie kiepski gladiator na arenie, w której walczy się na argumenty wyssane z palca, niesprawdzone teorie i mrzonki podane z takim przekonaniem, jakby były wyrokiem sądu. Ale z dala od nich, w domowym zaciszu, mogę sobie popisać. Mogę powoli sprawdzić fakty, porównać, wyciągnąć wnioski. Nikogo nie muszę do niczego przekonywać. Wiem, co widzę — czarnym maczkiem na białej kartce. I to właśnie teraz robię, z pełną świadomością, że Martwy Internet, o którym pisałem, nie wypromuje tego tekstu. Ale nie o to mi chodzi.
A o co? — zapytacie.
Chodzi o to, że pamiętam czasy, gdy mieszkałem w Polsce i komunizm walił nas w dupę. Bolało. Przewodnia siła narodu, reprezentowana przez pierwszego sekretarza, nie kryła się z tym. Ale Matuszka Rosija waliła nas przynajmniej z masłem. Nazywała to współpracą braterską, przyjaźnią narodów, wspólnotą rynkową. To były białe rękawiczki. I wiecie co? Przynajmniej wiedzieliśmy, że jesteśmy zamknięci. Wiedzieliśmy, że ktoś nami rządzi. Wiedzieliśmy, że kłamią. Ta świadomość była naszą jedyną bronią — i dlatego uciekłem. Przepłynąłem ocean, zamieszkałem w Ameryce i przez lata myślałem, że jestem bezpieczny. Że tu jest inaczej. Że tu system ma hamulce, ma bezpieczniki, ma tę całą demokrację, o której w Polsce mogliśmy tylko marzyć.
Nie pamiętam dokładnie dnia, w którym zrozumiałem, że hamulce nie działają. Że bezpieczniki ktoś wymontował i sprzedał. Że demokracja, o której marzyłem, okazała się równie plastikowa jak tamta komunistyczna — tylko lepiej oświetlona. Nie było jednego momentu. Było ich tysiąc — każdy tak mały, że z osobna wyglądał jak nic. Drobna zmiana regulaminu. Cichy update algorytmu. Kolejna fuzja, o której nikt nie słyszał, bo tego dnia akurat ktoś sławny umarł albo ktoś inny sławny coś powiedział. A potem budzisz się jednego ranka i widzisz, że siedzisz w sali kinowej, a drzwi są zamknięte. I nikt nie pamięta, kiedy je zamknięto.
A teraz siedzę w tej sali i patrzę na ekran. Rozpoznaję scenografię — jest prawie identyczna jak tamta, sprzed lat, tylko lepiej oświetlona. Inni, wielcy, walą nas bez masła. Monetyzują. Zabierają ostatnie skrawki wolności. I godzimy się na to, bo nie mamy żadnego ruchu. Wchodzimy do własnych klatek Skinnera — tych laboratoryjnych pudełek, w których szczur naciska dźwignię, żeby dostać nagrodę, i naciska ją znowu, i znowu, i jeszcze raz, aż zapomni, że istnieje cokolwiek poza dźwignią — i nawet o tym nie wiemy. Korporacje zacierają ręce i wyciskają nas z ostatniego grosza, a my siedzimy grzecznie w fotelach i czekamy na następną scenę. Bo co innego możemy zrobić? Wyjść? Dokąd?
Dlatego napisałem ten tekst — żeby uświadomić sobie, jak kruche jest ludzkie życie, ile mi go jeszcze zostało i żebym nie zapomniał, że klatka, w której siedzę, ma ściany.
Kiedyś wieszczono nam dystopię — opresyjną władzę, łamanie kręgosłupów, siłę w czystej postaci. A my byliśmy gotowi. Mieliśmy plany. Czytaliśmy Orwella i Huxleya, oglądaliśmy filmy, w których bohater walczy i wygrywa, bo w dramaturgii musi wygrać. Życie okazało się znacznie bardziej banalne. Nowoczesna dystopia przychodzi w klimatyzowanym multipleksie, z wiadrem popcornu i znieczuleniem podawanym prosto z ekranu. Rodem z epoki realnego socjalizmu — oprawiona w złote ramy miliardowych fuzji.
Nie przyszła po nas z pałką. Przyszła z abonamentem.
Było kiedyś coś takiego jak dane słowo. Człowiek, który podał ci rękę i powiedział „masz moje słowo”, odpowiadał za to słowo własnym honorem. Dzisiaj patrzą ci w oczy, uśmiechają się i mówią o zupełnie czymś innym. Honor? Dane słowo? To brzmi jak relikt z epoki, w której ludzie jeszcze potrafili się wstydzić. Dzisiaj liczy się kasa. Tylko kasa. Trwa jedna wojna, druga, giną ludzie — kobiety, dzieci, starcy — a reszta świata ukręca na tym biznes, bierze za to szmal i udaje, że to skomplikowane. I nikt, kurwa, nikt nie chce wyraźnie powiedzieć, że ta wojna jest po prostu zła. Że Rosja jest po prostu agresorem. Że Iran jest po prostu oprawcą. Nie. Zamiast tego dostajemy „złożoną sytuację geopolityczną”, „wielopłaszczyznowy konflikt”, „eskalację napięć” — cały ten biurokratyczny bełkot wymyślony po to, żeby nie trzeba było użyć prostego słowa: zbrodnia. Bo proste słowa są niebezpieczne. Bo proste słowa mogłyby komuś zaszkodzić biznesowo. A biznes jest święty. Szmal, korporacje, kontrakty zbrojeniowe — i człowiek gdzieś na końcu tego łańcucha, pod gruzami, którego nikt nie policzy, bo nie mieści się w żadnym arkuszu kalkulacyjnym. Wstyd mi. Normalnie mi wstyd za człowieka.
I właśnie w tym kontekście patrzę na to, co dzieje się na ekranie naszego kina. Waszyngtońska groteska — tak marna, że nawet najwytrwalsza publika zaczyna ziewać. Trump, niczym starzejący się gubernator bananowej republiki, któremu wydaje się, że jest wszechpotężny, postanowił zarządzać rzeczywistością przez wymazywanie niewygodnych świadków. Ten sam człowiek, który łamie dane słowo publicznie, codziennie, z uśmiechem, i nikt za to nie płaci — bo w tej nowej ekonomii honoru słowo jest warte dokładnie tyle, ile przynosi w następnym kwartale. Zamknął drzwi Białego Domu przed ekipą CNN, pozbawił akredytacji dziennikarzy Politico i MSNBC. I tu się zaczyna robić ciekawie. ABC, CBS, NBC, nawet Fox News — solidarnie zwinęły kable, zgasiły kamery i odmówiły relacji z prezydenckich spotkań. Zostawili go samego przed pustymi krzesłami. Byłoby to nawet piękne, gdyby nie fakt, że historia, jak każdy dobry dramat, ma trzeci akt — ten, w którym okazuje się, że bohater nigdy nie był bohaterem.
A dzień po tym, jak wszystkie kamery się wyłączyły, Biały Dom odpalił własny kanał — „Trump TV: The Essentials Station”. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, bez dziennikarzy, bez pytań, bez filtra. Surowy przekaz prosto z rezydencji, pakowany w oficjalną aplikację, którą trzeba ściągnąć na telefon. I tu się zaczyna prawdziwy dramat, bo żeby obejrzeć „niefiltrowaną prawdę”, musisz najpierw mieć smartfon, potem umieć znaleźć App Store, potem wpisać hasło, potem zaakceptować regulamin, którego nikt nie czyta, potem zezwolić na powiadomienia — i dopiero wtedy dostajesz to, co kiedyś dostawałeś, włączając telewizor. Tyle że tamten telewizor miał jeszcze dziennikarza, który zadawał pytania. Ten nie ma nikogo. Jest kamera, jest prezydent i jest archiwum „greatest hits” — przemówienia, ceremonie, momenty chwały zmontowane w niekończącą się pętlę. Telewizja państwowa, tylko że w wersji, w której nawet nie trzeba udawać, że jest niezależna. Kiedyś tak wyglądał Dziennik Telewizyjny. Pamiętam go doskonale.
Za zamkniętymi drzwiami Kapitolu republikańscy kongresmeni klną pod nosem. Dawny entuzjazm dla wodza wyparował. „Trump fatigue” — zmęczenie Trumpem — dopada już nawet jego wiernych. Przed wyborami połówkowymi został im polityczny balast, z którym muszą jakoś dopłynąć do brzegu, modląc się, żeby statek nie poszedł na dno. Zostają najbliżsi, najwierniejsi słudzy — albo tacy, którzy do ostatniego dnia chcą się jeszcze wzbogacić, uszczknąć coś z rozpuszczającego się tortu. Niektórzy — jak kongresmenka María Elvira Salazar — otwarcie mówią o zdradzonych wyborcach latynoskich. Inni po prostu unikają pojawiania się obok prezydenta na szlaku kampanii. Znamy ten gest. W Polsce też go znaliśmy — ten charakterystyczny odruch odwracania głowy, gdy ktoś robi zdjęcie. Ale my siedzimy w kinie i oglądamy to jak kolejną scenę. Nie mamy pilota. Nie mamy przycisku stop. Możemy tylko patrzeć.
A tymczasem za kulisami kręci się prawdziwy film. Ten, którego nie pokazują na głównym ekranie.
Prawdziwa gra o kontrolę toczy się w serwerowniach. Zablokowana premiera dokumentu Alexa Gibneya o Elonie Musku doskonale ten mechanizm obnaża. Film sugeruje, że Departament Efektywności Rządowej kierowany przez Muska — z tą nazwą jak z parodii, bo „efektywność” zawsze była eufemizmem dla cięcia tego, co przeszkadza — miał superadministratorski dostęp do danych o każdym Amerykaninie. Nie o wybranych. O każdym. Pojawiają się zarzuty o bezprawne skopiowanie federalnej bazy NUMIDENT do niezabezpieczonego środowiska. Numer ubezpieczenia. Adres. Historia medyczna. Dochody. Cały papierowy życiorys, który państwo zbierało przez dekady, przekonując nas, że to dla naszego bezpieczeństwa. A teraz te dane wylądowały tam, gdzie nikt ich nie pilnuje.
Wyobraźmy sobie sztuczną inteligencję wytrenowaną na pełnych danych z rządowych rejestrów i portalu X — tej areny, gdzie dwadzieścia procent kont to boty, a prowokacja jest jedyną walutą. Gibney sugeruje, że te informacje mogłyby zostać użyte do wpływania na wyniki wyborów. Mogłyby. Słowo-klucz dla tych, którzy lubią się łudzić, że coś jest jeszcze w fazie projektu. A szczur w klatce Skinnera nie musi wiedzieć, że dźwignia, którą naciska, jest podłączona do czegoś większego. Wystarczy, że naciska.
To jest budowa cyfrowej klatki, a my sami potulnie niesiemy do niej kłódkę. Nosimy ją w kieszeni, nazywamy telefonem i ładujemy co wieczór przy łóżku.
Żebyśmy jednak nie zadawali zbyt wielu pytań — bo pytający widz to niebezpieczny widz — system na poczekaniu organizuje nam igrzyska. Cztery stany właśnie odstąpiły od sprzeciwu wobec fuzji Paramount, Skydance i Warner Bros. Discovery. Droga do studziesięciomiliardowego monopolu stanęła otworem. I teraz proszę, przeczytajcie to uważnie, bo to brzmi jak parodia, jak drwina z ludzkiej inteligencji: cena za ugodę polega na tym, że firma zobowiązuje się do wprowadzenia do kin trzydziestu filmów rocznie. Jeśli planu nie zrealizuje, zapłaci kary. Trzydzieści tytułów z urzędowego rozdzielnika. Jak w fabryce traktorów za komuny — norma musi zostać wyrobiona. Nieważne, co produkujesz. Nieważne, o czym opowiadasz. Nieważne, czy ktokolwiek tego potrzebuje. Ważne, żeby taśma się kręciła i żeby widzowie mieli co oglądać.

I wiecie, co jest w tym najgorsze? Te trzydzieści filmów to jest właśnie treść seansu, na który nas zamknęli. To nie jest metafora. To jest dosłownie to, co będziemy oglądać w zaryglowanej sali — trzydzieści porcji papki rocznie, wykalkulowanych nie po to, żeby poruszyć, lecz po to, żeby utrzymać tyłki w fotelach. Aberacja rzeczywistości, na którą wszyscy skwapliwie kiwamy głowami, bo nie mamy żadnego ruchu. Żadnego. Stu dziesięciu miliardom nie mówi się „nie”. Stu dziesięciu miliardom się przytakuje i wraca do fotela.
Chleba i igrzysk, kurwa. Huxley wiedział. Po prostu nie spodziewał się, że zamiast somy użyjemy piętnastoekranowego multipleksu i aplikacji do streamingu w czterech pakietach.
Zostaliśmy zredukowani do roli biernych konsumentów w globalnym przedsiębiorstwie zarządzania uwagą. Bo uwaga jest jedynym zasobem, którego nie da się wyprodukować więcej — jest biologicznie skończona, mierzona w sekundach skupienia, i właśnie dlatego warta więcej niż ropa naftowa. Ktoś to policzył i wybudował na tym imperium. Sto dziesięć miliardów dolarów. Wpisałem tę liczbę i patrzyłem na nią przez chwilę, szukając ludzkiego odpowiednika. Nie ma. Jest tylko ciąg zer, który mój mózg obsługuje tak samo jak kod pocztowy — bez emocji, bez rozumienia.
Rosja, od której uciekałem, dogoniła mnie w Ameryce. Nie ta sama — podobna. Nie pierwszy sekretarz, nie partia, nie sierp i młot. Gubernator bananowej republiki, któremu się wydaje. No właśnie — wydaje mu się. Nie jest wszechpotężny, nie jest sprawczy, nie jest nawet szczególnie inteligentny. Ale wystarczająco groźny, żeby kontrolować seans. Żeby decydować, co ma się pojawić na ekranie. Żeby ustalać, kto jest dobrym Amerykaninem, a kto nie — i właśnie ta wizja przeraża mnie najbardziej. Pisałem o tym dwa lata temu, po filmie „Civil War”. Kto będzie o tym decydował? Na jakiej podstawie? I co stanie się z tymi, którzy nie przejdą selekcji? Uciekłem z jednej klatki i trafiłem do drugiej. Ta druga jest gorsza, bo w tej pierwszej przynajmniej wiedziałem, że jestem zamknięty.
Boję się, że te wybory połówkowe zostaną sfałszowane. Że rudzielec będzie starał się ukraść jak najwięcej, wzbogacić się, zanim muzyka ucichnie. Że ludzie wyjdą na ulicę. Pewnie tak się nie stanie. Mam nadzieję. Ale boję się tego, że ktoś mi tę nadzieję odbierze — i że zrobi to z uśmiechem, z popcornem w ręku, w klimatyzowanej sali, w której nie ma wyjścia ewakuacyjnego.
Bo go nie ma. Sprawdziłem. Drzwi są zaryglowane, bilety wykupione z góry, foyer zamknięte, a obsługa uprzejmie informuje, że to wszystko dla naszego komfortu i bezpieczeństwa. Film się kręci, taśma się nie zatrzyma, a my nie mamy na niego żadnego wpływu. Możemy co najwyżej zamknąć oczy. Ale kino i tak gra dalej. I to jest najgorsze — nie to, że nie ma wyjścia. Najgorsze jest to, że większość widowni nawet go nie szuka.
I nikt nie pyta, dlaczego nie ma wyjścia — bo nikt już nie pamięta, że kiedyś było.








