Dwa lata temu, w podmiejskim Half Price Books w tym na Golfie, pośród zastawionych półek i stert przypadkowych wydawnictw, zgarniałem „All Things Must Pass” George’a Harrisona niemal z lady, na którą jego dawny właściciel położył go zaledwie kilka minut wcześniej. Na moich oczach przyjął wycenę, i pozostawił na ladzie ten i kilka innych albumów. A kilka kroków dalej, na półce, wyeksponowana trochę jak w muzeum ale jak zwykle w „Half Price Books” o wiele za drogo, wciąż nie wiem dlaczego lubię ten sklep, stała „Phaedra” Tangerine Dream.
Zamiast ją wtedy zabrać, w głowie odpaliła mi się chłodna kalkulacja. Kamień milowy elektroniki, kapryśne sekwencery — takie tłoczenie zasługuje na nieskazitelny egzemplarz w rozsądnej cenie. Wymyśliłem więc sobie na poczekaniu alibi o szukaniu lepszej jakości za mniejsze pieniądze. Płytę pozostawiłem na wystawce, przekonany, że poczeka. Że skoro trafiła do tego sklepu, to jestem przekonany, że podobnych egzemplarzy jest więcej, że nie jest to jedyna okazja. Że się powtórzy.

Na co dzień siedzę po uszy w kontenerach Proxmoxa, programuję ESP32, piszę konfiguracje smart home w YAML-u i daję sobie przyjemność ustawiając nowe stacje radiowe w domowej roboty streamerze internetowym. A kiedy skrypt synchronizuje mi dane pomiędzy komputerami, oczekuję, że wszystko zadziała bezbłędnie, bit po bicie. I tę samą pewność siebie przeniosłem na rynek muzyczny. Uznałem, że polichlorek winylu na półce wyprzedażowej to coś w rodzaju serwera na żądanie — skoro się pojawił, to świat grzecznie poczeka, aż łaskawie po niego wrócę.
Nie poczekał.
Przy kolejnej i potem kolejnej wizycie płyty tej, ani następnego wydania, już nie było. Zamiast wejść na Discogs i załatwić sprawę w trzy minuty, wpadłem w totalny upór. Nie chciałem kupować „Phaedry” w ciemno, bez możliwości dotknięcia okładki, bez poczucia szorstkiej faktury pod palcami. To musiało być znalezisko, a nie kliknięcie przycisku. To trochę jak gra w pokera, gdy powoli, powolutku odsłaniasz sobie kolejne karty składające się w pary i wyższe figury.
Lodowate dźwięki Tangerine Dream znałem od lat. W 2018 roku oglądałem „Bandersnatch” — interaktywny odcinek „Black Mirror” osadzony w realiach brytyjskiego rynku gier z lat osiemdziesiątych — ich muzyka tworzyła tło dla powolnego załamania bohatera. Wtedy, z ekranu, po raz pierwszy uderzyło mnie to brzmienie. Zostało ze mną na lata. Więc kiedy sześć lat później zobaczyłem krążek na półce w sklepie na Golfie, pożądanie było natychmiastowe. A ja mimo to odpuściłem. Z jednej strony broniłem się przed kupowaniem w internecie w imię winylowej ortodoksji, a z drugiej — algorytm streamingowy z Kalifornii spokojnie podsycał to pożądanie przez te wszystkie lata.
Manor Studio, Anglia, zima 1974 roku. Edgar Froese, Chris Franke i Peter Baumann przystępują do nagrywania. Zamiast posłusznych im instrumentów korzystają z żywiołu rodzących się właśnie nowych rozwiązań elektronicznych narzędzi, nowej elektroniki, której nikt jeszcze nie umiał okiełznać. Włącznie z nimi.
Te wczesne sekwencery i syntezatory Mooga nie były instrumentami w normalnym tego słowa znaczeniu. Oscylatory rozstrajały się przy najmniejszych zmianach temperatury w reżyserce, niszcząc wielogodzinne nagrania. Przepięcia w kablach burzyły mozolnie budowane struktury. Niskie częstotliwości generowane prawie losowo potrafiły spalić monitory odsłuchowe. Instrumenty przestały słuchać muzyków i zaczęły stawiać własne warunki.
Trójka artystów stanęła przed wyborem: albo przerwać kosztowną sesję i szukać sprzętu, który działa, albo skapitulować i włączyć ten cały bałagan prosto do kompozycji. Wybrali kapitulację. Surowa matematyka dźwięku dopuszczona została do zimnej fuzji z chwiejnym drżeniem zawodzących maszyn — i tak w głośnikach otworzyły się przestrzenie, których nie dałoby się zaplanować w żadnej partyturze ani w żadnym kodzie. „Phaedra” zaczęła żyć własnym życiem i do dziś dnia pozostaje dowodem na to, że najciekawsze rzeczy powstają dokładnie w tym momencie, kiedy perfekcyjny plan sypie się w gruzy, ale skąd my to znamy.
Moja dwuletnia obsesja zakończyła się tak samo nieprzewidywalnie. Żadne metodyczne rajdy po sklepach z używanymi płytami, ani odwiedziny na flea market, nie dały rezultatu. Rozwiązanie przyszło z najmniej oczekiwanej strony. Zwyczajne, szare popołudnie, wracamy do domu. I nagle Dorota rzuca: „Patrz, Misiek, tu jest sklep z płytami”. Przysłowiowy „rzut beretem” od naszego domu. Bez planowania dalekiej podróży, do granic miasta, nad jezioro.
Gwałtowny manewr. Auto z piskiem opon wjechało na parking zupełnie pusty o tej porze. Wejście do niczym niewyróżniającego się lokalu. Dwóch młodych sprzedawców za ladą. Pytam o Tangerine Dream, słowa rzucone kompletnie od niechcenia, dla zabicia ciszy panującej w sklepie. I potem krótki, porozumiewawczy uśmiech, pomiędzy mną a Dorotą, kiedy jeden z nich po chwili wahania powiedział, że mają tylko jeden album tej grupy, to „Phaedra”. Po dwóch latach płyta znów była w moich rękach.
W domu czekał na mnie jej cyfrowy bliźniak. Pliki FLAC w katalogu, wysterylizowane, bezbłędne, białe. Znałem te dźwięki — brzmiały tak, jak brzmi wszystko w cyfrowym świecie: czysto, zimno, gotowe do odtworzenia jednym kliknięciem. Bez oporu, bez szumu, bez historii. Idealny zapis, pozbawiony życia. Cichy jak puste okno terminala czekające na kolejną komendę.

This unique space blends a vast record collection with intricate vintage tech.
Wyciągnąłem czarny krążek ze starej koperty. Ostrożnie opuściłem igłę na wyżłobiony rowek.
Najpierw delikatny trzask. Oddalone ode mnie o miliony lat wyładowanie w stratosferze błękitnej planety. Głęboki, szorstki dźwięk, w przestrzeni w której nikt nie był. A potem — z wolna, jakby budząc się z długiego snu — wszedł ten gęsty, chwiejny bas tytułowej suity. Nie brzmiał czysto. Brzmiał prawdziwie. Dźwięk nie płynął z przetwornika — wyrastał z rowka, z igły, z pięćdziesięciu lat kurzu osiadłego w każdym mikroskopijnym żłobku. Wibracja przeszła przez talerz gramofonu, przez blat, przez podłogę, aż poczułem ją w stopach. Bas wypełniał pokój warstwa po warstwie, coraz gęściej, coraz ciężej, jak fala pływowa wchodząca do portu.
I wtedy mój precyzyjnie skonfigurowany, dopięty na ostatni skrypt świat po prostu zamilkł.
Przegrałem. I dobrze. Polichlorek winylu to nie usługa chmurowa, a syntezatory z 1974 roku żyją własnym tempem, którego nie okiełzna żadna automatyzacja. Przez dwa lata szukałem tej płyty metodycznie, uporczywie, po inżyniersku — a ona znalazła mnie sama, z fotela pasażera, jednym zdaniem Doroty.
Odetchnąłem, bo przegrałem. Tak jak oni wtedy w Manor Studio — poddali się maszynom i powstał piętnastominutowy utwór otwierający album. Z tą różnicą, że swoją porażkę mogę teraz odtwarzać, kiedy tylko zechcę. Będzie na mnie czekać. I mogę nią oddychać — oddechem, którego nie potrafi wyliczyć żaden algorytm.








Coś co znam! Ten bas, i kurz historii!
Dla mnie się podobaaaaa! 😁😁😁