All Things Must Pass

Pamiętam ten wyjątkowy dzień, jakby to było wczoraj. Coś się skończyło, coś nowego rozpoczęło swą dynamiczną egzystencję, niecałe dwadzieścia lat później, a jednak. Nowa jakość, jakby to oswoił słowami, profesor z odległego kraju, lecz to też odejdzie w zapomnienie.

Fotografia na drugiej stronie jest podpisana, marzec 1988 rok, ma już nieostre krawędzie papieru. Wyblakłe biele i czernie, sprawiają wrażenie niedopowiedzianego koloru. Na jej powierzchni osiadł kurz, choć nie wiadomo skąd się wziął w tekturowym pudełku, z którego ją wyjąłem. Ścieram go jednym ruchem dłoni, tą samą, którą na zdjęciu trzymam duży, biały kubek. Na fotografii nie wyglądam na przestraszonego i o ile pamiętam ten moment, bo utkwił mi gdzieś w pamięci delikatnej jak skorupka jajka, tego dnia także nie byłem wystraszony, żyłem chwilą, przemijaniem, odliczeniem dni, wtedy było to dla mnie najważniejsze, by jak najszybciej minęło.

Jestem na zdjęciu sprzed lat

Po latach od tamtego wydarzenia, przypadkowego kadru, dostrzegam, jak powoli, lecz nieustannie, przemija wspomnienie mego wyglądu i tamtego odległego miejsca, w którym się znalazłem nie ze swojej woli. Papier powoli się rozpadnie, a wraz z nim utrwalony na nim obraz. Mija rok pełen niespodzianek i pięknych chwil. W końcu wszystko musi przeminąć.

Trzeci studyjny album George Harrisona ukazał się w listopadzie 1970 roku jako potrójne wydawnictwo z plakatem i świetnie opracowanym opakowaniem. Po latach wydaje się, że „podróż” Harrisona do stworzenia „All Things Must Pass” rozpoczęła się dużo wcześniej, wtedy gdy odwiedził Amerykę pod koniec 1968 roku, tuż po nerwowych sesjach wspólnej pracy nad albumem znanym później jako „White Album”. W następnym roku na festiwalu Woodstock rozpoczął długotrwałą przyjaźń z dzisiejszym noblistą Bobem Dylanem i doświadczył twórczej równości w pracy z zespołem, który kontrastował z rodzajem pracy, którą zapamiętał podczas współpracy z pozostałymi beatlesami. Po trzech latach studiowania indyjskiego sitaru odnowił także „miłość” z gitarą i napisał też więcej piosenek. Współtworzył nie tylko z Dylanem, współpracował także z Claptonem. To wszystko musiało minąć.

Boże Narodzenie to pora roku na prezenty, ponieważ zwykło się mówić, że Boże Narodzenie to pora roku na prezenty. Nie jestem pewien, gdzie mogę Was wysłać, abyście zaopatrzyli się w mirrę, ale znalazłem kadzidełko, a także wspaniale pachnące zioło. Mój sąsiad często pali marihuanę, pewnie po to, by tym zapachem zabić tę słodką, perfumową woń unoszącą się w sklepach podczas świątecznych zakupów. Wiem także gdzie w dark web tanio można kupić złoto. Trzeba się pośpieszyć, to wkrótce przeminie.

Dziś opisuję rok, który mija podobnie jak wszystko, co musi odejść. Co będzie działo się później, już mnie nie interesuje, bo wiem jak zareeagujecie gdy być może wymienię nazwy kilku sklepów, których po prostu nie lubię, a was przyprawia to o zawrót głowy, nieomal jak wtedy gdy, zresztą sami wiecie kiedy…

To był dobry rok, pełen niesamowitych zwrotów akcji, postanowień i dotrzymanych słów jak chociażby doprowadzeniem do końca projektu, w którym przyrzekłem sobie, że każdego wtorku pojawi się nowy wpis. Więc 2020 zamykam 65 niezwykłymi wpisami, które stanowią pewnego rodzaju przewodnik po moim świecie, pełnym muzyki, historycznych faktów i wędrówek po egzotycznych miejscach wypełnionych modlitwami w nieznanych językach. Najlepszym tego przykładem jest oficjalne zaproszenie do wspólnej podróży do Nepalu i Bhutanu, które można znaleźć pod tym linkiem Niewielka zapowiedź, gdzie na dole strony przesuwają się powoli fotografie prowadzące do kolejnych wpisów, potem było już tylko ciekawiej.

Tuż na początku lutego, wybrałem się na niezwykły koncert młodej dziewczyny z Polski, a przebywającej w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Laskach pod Warszawą. 11 lutego pojawiły się słowa kiedy byłem małym chłopcem, bohaterem stawałem się każdego dnia. Tytuł tego postu to: Mirela Moldovan, którą spotkałem w muzeum… Luty przepełniony był pierwszymi odwiedzinami Nepalu. To właśnie wtedy rozpoczęła się na poważnie moja opowieść.

W marcu, oprócz znakomitych wpisów dotyczących wspaniałych zabytków Nepalu, chociażby Zabytki Kathmandu – Swayambhunath czy też Stupa to nie kapliczka – Bouddha Stupa nie zabrakło pierwszych połączeń muzyki z gotowaniem. Judy Collins towarzyszyła mi podczas tworzenia Hosomaki-sushi, a Rodrigo y Gabriela muzycznie ubarwiali smak czerwonego curry. Wszystko to w cieniu pandemii, bowiem w marcu gubernator Pritzker wydał rozporządzenie wykonawcze 2020-10, zobowiązujące wszystkich mieszkańców stanu Illinois do pozostania w swoich domach, aby zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się COVID-19.

Kwiecień przyszedł tego roku zupełnie oczekiwanie i był zupełnie taki sam jak wszystkie kwietnie przed nim. Mało kto spodziewał się tych dziwnych wydarzeń na nowo definiujących humanizm. Wtedy też wziąłem udział w akcji #zostańwdomu i nie zapomniałem o urodzinach mego syna. Przywołałem wówczas mało znany fakt z biografii Davida Bowiego, który odwiedził Polskę Życzenia urodzinowe. Jedna z wielu miejskich legend opisujących tamto wydarzenie głosi, że spacerujący po Warszawie David Bowie kupił też gipsową figurkę Matki Boskiej, papierosy Klubowe oraz góralskie kierpce, ale dziś trudno to zweryfikować.

W maju pojawiły się kolejne wpisy z wyjątkowej podróży do Bhutanu. Był też jeden o niezwykłym gotowaniu, czyli Hot pot – co wspólnego mają ze sobą jedzenie, muzyka i przyjaźń? posiłku, który najlepiej spożyć w gronie przyjaciół. Z majowych wpisów o podróżowaniu jeden jest wyjątkowy. Piszę w nim o swoich słabościach i o tym jak je przezwyciężyłem, budując właściwie siebie na nowo. Niezwykłą lekcję pokory zamknąłem we wpisie zatytułowanym Bumdra i moje trzy lekcje, dziś nie tylko bym je wszystkie powtórzył, lecz pokonałbym ponownie tamtą trasę.

W czerwcu obchodziłem po cichutku trzecią rocznicę, historycznej wystawy prezentującej po raz pierwszy prace Zdzisława Beksińskiego w Stanach Zjednoczonych, a dokładnie w Muzeum Polskim w Chicago. Zdzisław Beksiński w Chicago to moje prywatne świadectwo tego, co pasja może powołać do życia. Można też było przeczytać wiele dobrych słów na temat muzycznych wspaniałości, do nich warto powracać jak najczęściej, stąd Carlos Santana oraz John McLaughlin w poście A love Supreme! bowiem muzyka ma za zadanie przekazywać coś więcej niż tylko dźwięki, melodie czy rytmy, zawsze coś oznacza, zawsze coś zmienia. W czerwcu pożegnałem się z czytelnikami moich wpisów dotyczących Bhutanu i Nepalu, zostawiając im pewną radę, którą dziś łatwo odnaleźć w tym miejscu: Pożegnanie. Klucz do dobrego życia? Zatrać się w czymś!

Lipcowy, pierwszy wpis dotyczył Robina Trowera, którego nie mogłem wyrzucić ze swojej pamięci, pamiętając ostatnią audycję Tomka Beksińskiego. Ilustrując wpis, naturalnie skorzystałem ze zdjęć, które wykonałem podczas jego koncertu w Chicago i tak powstał Powrót na Most Wetchnień. W ogóle ten miesiąc rozbrzmiewał muzycznie, napisałem także, po raz kolejny zresztą, o ważnym albumie zespołu Pink Floyd z 1977 roku zatytułowanym „Animals”. Zaczynając swoją opowieść od sąsiadki czytającej książki historyczne na balkonie naprzeciwko, wplotłem się w opowieść lidera zespołu, dotyczącą takich indywiduów, jakim jest odchodzący amerykański prezydent. Warto zajrzeć do wpisu Książki historyczne i „Animals” by sprawdzić, czy wszystko się zgadza pół roku od opisywanych wydarzeń. Wakacje były piękne, po prostu nadzwyczajnie wyjątkowe i dlatego nie mogłem o tym czasie nie napisać, tak powstał Wakacje, czyli po drugiej stronie pokazujący piękno natury nieożywionej, lecz także tej z parą skrzydeł!

W pewne sierpniowe popołudnie otrzymałem przygnębiającą wiadomość o śmierci dawnego przyjaciela. Zupełnie naturalnie, kojarząc jego osobę z muzyką, napisałem post zatytułowany To koniec, traktujący o muzyce zespołu The Doors. Były także dwa posty gdzie nie zabrakło moich słów prawdy o rozkręcającej się kampanii wyborczej oraz muzyce The Moody Blues, ze szczególnym naciskiem na album zatytułowany „Days of Future Passed”. Tegoroczne posty swoją premierę miały zawsze we wtorek, więc do zbudowania tytułów dwóch wpisów użyłem jednej z piosenek The Moody Blues zatytułowanej właśnie Wtorek po południu…

Wrzesień to przede wszystkim nakręcająca się spirala medialnych niedomówień podczas przygotowań do wyborów. Było więc nieco o cyfrach i nieco zapomnianej historii związanej z prezydentem Nixonem i zwariowanym czasem zakupów świątecznych w Polsce 1968 roku, a wszystko to we wpisie zatytułowanym właśnie 1968. Nie zapomniałem o muzyce, o której we wrześnie pisałem kilkukrotnie. Był więc Donovan, Bauhaus i The Alan Parsons Project. Właściwie chyba wtedy zacząłem rozumieć nieco więcej, wyciągać pozytywy z otaczającej mnie nijakości. Wtedy też podjąłem ważne decyzje, a wśród nich była ta o całkowitym odstawieniu używek alkoholowych. Zadziałało, bowiem pojawiamy się tu na krótką chwilę, jedno mgnienie, jeszcze tu jestem i za chwilę zniknę, tak po prostu. Mogłem urodzić się nieco wcześniej, przyjść na świat nieco później, a tak… mam niepowtarzalną okazję, by mądrze skorzystać z tego tu i teraz. Cudowny rok, rok pełen nauki, pokory i wiedzy. Rok, w którym jak nigdy wcześniej widać więcej i czuć mocniej.

O niezwykłym muzycznym spektaklu, a właściwie jego konsekwencjach wypływających z albumu „In the Court of the Crimson King” napisałem w Gott selbst ist tot. Dziś dostrzegam, że tekst o empatii When I Was Young czyli empatia nieco inaczej był dla mnie wówczas równie ważny jak ten, który ukazał się tydzień później Dziś mnie widzisz jutro nie czyli kwitnący negacjonizm. Starając się muzycznie opisać świat dookoła, zacząłem rozróżniać ze szczególną jasnością, że to, co do tej pory mogło mi tylko wydawać się pewnym przypuszczeniem, jest faktem. Wiedza, edukacja, współczucie to słowa opisujące październik i żadnego z nich się nie wstydzę, znam i rozumiem ich znaczenia: Oko zmieniające zmienia wszystko. W końcu niech wstydzi się ten, co zło czyni, a nie ten, który o tym mu przypomina.

Kolejny miesiąc. Listopad nie rozpoczął się najlepiej, był… smutny od samego początku, nie pomogła nawet lektura Bułhakowa, tak z obserwacji wydarzeń w Polsce narodził się post zatytułowany: Przejdzie. Wszystko przechodzi. Pozytyw jest taki, że wpis zakończyłem słowami noblisty Boba Dylana. Na kilka dni zdecydowanie polityczne powietrze poprawiło się i z tego hurraoptymizmu narodził się wpis Sprawy o których muszę napisać, było w nim nie tylko o muzyce. Listopad zakończyłem wpisem, z którego jestem najbardziej zadowolony, choć wymagał ode mnie nieco więcej pracy niż zwykle, mam tu na myśli Drogi Judaszu to są cienkie, srebrne niteczki. Wciąż twierdzę, że odległość, wbrew prawom fizyki, wyostrza i uwypukla obserwowaną sytuację.

Ostatni miesiąc mijającego roku zakończyłem przede wszystkim muzycznie i kulinarnie, działo się dobrze! Grudzień na nowo przyniósł nadzieję. Raz jeszcze napiszę, to nie cel jest najważniejszy, liczy się droga, którą musimy pokonać, by dojść do niego Na szlaku.

I tak oto dotarłem do zakończenia, nic więcej już nie będzie takie samo. Coś się kończy, by mogło zacząć się coś nowego, a jakie to będzie, zależy tylko od nas. Kiedy ponownie się spotkamy i czy w ogóle się spotkamy? Czy będzie to wtorek, a może inny dzień tygodnia? Tego także nie wiem na pewno. Cieszę się, że było nam dane się spotkać, cieszę się ze spotkań z tymi, którzy tu zaglądali. Moja droga dobiegła końca, dotarłem tam, gdzie zamierzałem i była to doprawdy piękna droga. Wiem też, że wszystko musi kiedyś odejść i przeminąć. Ten rok należał do udanych. Wkrótce nadejdzie jasność dnia.

Wschód słońca nie trwa przez cały poranek, a burza przez cały dzień.
Wygląda na to, że moja miłość się skończyła i nie zostawiła wam żadnego ostrzeżenia.
Nie zawsze będzie tak szaro.
Wszystko przemija.
Wszystko musi przeminąć.
Zachód słońca nie trwa cały wieczór.

1

Leave Comments:

Add Comment

 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.