Chyba nigdy nie napisałem dobrej recenzji książki i dopiero teraz zaczynam rozumieć dlaczego. Zawsze, kiedy się za to brałem, myślałem o opowieści zamkniętej na kolejnych kartach i w nią wchodziłem, a nie o tym, na której półce układa się książkę w katalogu biblioteki. Nie znam się na podziałach: tu kryminał, tam sensacja, ówdzie harlequin. Po prostu czytam, najchętniej to, co ma język i wyobraźnię, i uwielbiam fantastykę. Dlatego sięgając po nową powieść Twardocha, którego znam z własnej półki już dość dobrze (o tym, jak „Drach” zderzył się kiedyś z moimi znajomymi przy ognisku, pisałem tutaj), nie wiedziałem, czego oczekiwać ani którą drogą zostanę poprowadzony do finału. A teraz stukam w klawiaturę, kreślę słowa, które mają choć trochę przybliżyć to, czego nazwać nie umiem. Emocje. Przyłapałem się na tym, że podszedłem do „Waldkauza” bardzo osobiście: nie chciałbym znaleźć się w opisywanych w nim wydarzeniach, co to, to nie, ale to, co prowadzi głównego bohatera, znam aż za dobrze. O tym opowiem potem, jeszcze nie teraz, bo najpierw muszę przyznać się do skojarzenia, bez którego nie umiem o tej książce pisać.
„Drogę” McCarthy’ego przeczytałem dawno temu i poruszyła mnie zimnem oraz pustką dookoła; to wspomnienie pozostało ze mną na lata, aż do dziś, bo starając się napisać o „Waldkauzie”, łapię się na tym, że nie potrafię tego zrobić bez jej przywołania.

A sturdy truss bridge connects these structures under a vast, grey sky.
Pamiętam więc bezimiennego ojca, który pcha wózek z dobytkiem przez zamarznięte, postapokaliptyczne piekło (tak, piekło może być zimne) i desperacko osłania resztkę światła, jaka została w chłopcu, a dookoła szary śnieg, martwe drzewa i ludzkie mięso pieczone na ogniskach. McCarthy nigdy nie nazwał katastrofy, która do tego doprowadziła, choć można ją odczytać jako nuklearną; wiadomo tylko, że świat który znamy omal się skończył, został po nim pył i popiół. Znajome wydało mi się od pierwszego rzutu oka: przestrzeń pełna pyłu i kurzu wokół ojca i syna, a tu brudne, tłuste od pyłu miejsca starego Górnego Śląska i płomień wewnątrz kogoś, kto rozumie mowę ptaków, otoczony zgrzytem silników „gruby”. Popiół ze spalonego świata w jednej książce i węglowy pył w drugiej brudzą ręce w dokładnie ten sam, nieodwracalny sposób.
U Twardocha zniszczenie ma zupełnie inną architekturę. Akcja toczy się w sierpniu 1920 roku na Górnym Śląsku, w czasie drugiego powstania: polityczny chaos, rozjechane tożsamości, polszczyzna plącząca się z niemczyzną i godką, a do tego francuszczyzna i angielszczyzna alianckich żołnierzy. O pyle Twardoch nie pisze wprost, a jednak czuję go na budynkach, na ulicach, na biurku w jego biurze i czuję go w duszności tamtych lat, kiedy kopalnie pracowały, a dym nie chciał opaść, i tak się odczuwa świat, w którym powietrze po kolejnych eksplozjach pachnie swądem i kurzem. U McCarthy’ego świat już się skończył, tu wciąż się kończy: wojna, która zabrała ludziom synów, ledwie przycichła, trwa powstanie, a my, znając dalszy ciąg historii, wiemy, że za niespełna dwadzieścia lat przyjdzie następna. Bestia wojny domaga się ofiar. Pozostawi po sobie zgliszcza moralności i porządku, w których człowiek znaczy mniej niż rzucone w twarz splunięcie.

„Ziemia drży, mrok wychodzi z ludzi, nadchodzi czas człowieczy”, zapowiada opis wydawcy i trudno o dokładniejsze streszczenie tego, co się dzieje: wszystko dookoła drży, bo właśnie teraz się zmienia i już nigdy nie będzie takie samo. Czytam to jako czas porachunków tytanów, którzy w żadnej mierze nie dbają o maluczkich, depczą granice i podziały, mieszają wszystko z ziemią. W samej powieści czas człowieczy bywa też chwilą, w której zasłona między światami się unosi, i wtedy bez uprzedzenia pojawiają się śląskie beboki i mamuny, a obok nich sumeryjska Inanna, zwana też Isztar, i jej siostra Ereszkigal.
Żeby uczciwie rozstawić meble. Wilhelm Pisulla, były wachmeister gliwickiej policji kryminalnej, pracuje dziś w biurze detektywistycznym firmy Detektiv-Lux. Przychodzi do niego zrozpaczona kobieta, która szuka dziecka. I tak to się zaczyna tyle że ani ona nie jest tą, za którą się podaje, ani on zwyczajnym detektywem. Pisulla ma bowiem dwie dusze, a ta druga, w dodatku nieochrzczona, uspokaja się tylko od mleka i koniaku, i jej rozszalały głos przybiera postać waldkauza, czyli puszczyka, który wyrusza na łowy. Zna mowę ptaków, rozmawia z utopcami i rozumie głosy sumeryjskich bogiń, choć żadnego starożytnego języka nie zna. Żona odeszła z młodszym synem, został mu przyjaciel z dzieciństwa, Wendelin Draga, człowiek zbyt wielu sekretów, a starszy syn, Franz, zaginął na wojnie.
Rozumie ptaki. Syna przy sobie nie ma.

This area appears to be an abandoned or undergoing demolition industrial zone.
Wchodziłem w tę powieść powoli i trochę ze strachem, co przyniosą kolejne karty. Początek stawiał opór: rozdziały noszą tytuły jak w dawnej powieści, „Rozdział 12, w którym…”, narrator mówi archaizowaną polszczyzną („tem”, „mojem”, „albowiem”), a głos przejmuje czasem puszczyk, czasem Wendelin Draga, tak że snuta opowieść momentami przechodzi w oniryczną, senną gawędę, która sama się plecie. Dopiero kiedy udało mi się przedrzeć przez te pierwsze strony, wszystko poszło jak z górki i wkręciłem się tak, że nie mogłem doczekać się dalszych wydarzeń. Ten oniryczny obłęd, w który osuwa się narracja Twardocha, to być może jedyny adekwatny dziś język ojcowskiej komunikacji, jedyny, w którym da się jeszcze opisać gruzy dawnych gmachów człowieczeństwa, z pełną świadomością, że fundamenty rozbijamy sami, w drobny mak.
Z historii Śląska roku 1920 czytam przy tym jeszcze jedno: nie wszystko jest tym, jak je nazywają. Coś nazwie się niezgodnie z prawdą, powtórzy, wypromuje i wielu w to uwierzy, tak jak wyprasowanej koszuli wierzy się bardziej niż człowiekowi, który ją nosił, a odrębność narodowa i jej poczucie, rozdygotane przez lata walki i politycznego chaosu, to rzecz, której żadne żelazko nie wygładzi. Dlatego w książce jest godka. Bez niej ta powieść byłaby martwa i nie ma to nic wspólnego z kolorytem lokalnym. Soczyste bluzgi czytam jako mowę ojca: facet z krwi i kości, który próbuje ocalić przed upadkiem to, co najważniejsze, nie szuka okrągłych zdań na nazwanie tragedii. Rzuca mięsem, bo tylko to przebija się przez dym. W powieści ta mowa ma zresztą adres domowy: to druga dusza Pisulli, nieochrzczona i rozgniewana od zawsze, która klnie mu w głowie po śląsku. „Trzim, kurwo motyko, tyn pysk gizdawy, rozdarty a zgrzibiały”, a takich słów pada w tej książce znacznie więcej.
I tu wraca ojciec z „Drogi”. Ma chłopca przy sobie przez cały czas, na wyciągnięcie ręki, a cała jego wędrówka jest jednym zadaniem: ochronić za wszelką cenę światło, które w chłopcu jeszcze płonie. U Twardocha jest odwrotnie, bo syna pochłonęła wojna, a ojciec chodzi po świecie, który nie chce go oddać. Poszukiwanie nie biegnie zresztą w jedną stronę: Pisulla szuka cudzego dziecka, szuka Franza, a czasem szuka wbrew sobie, bo ma wewnętrzny drugi głos, który nie pyta o pozwolenie. Ojciec McCarthy’ego szedł przez popiół z jednym wrogiem, światem. Pisulla ma dwóch: świat i siebie. Ten motyw łączy obie książki i łączy też mnie, bo sam jestem ojcem. Wkrótce lecę z Dorotą, by spotkać się z synem, za którym tęsknię, i znów rozliczam się z ciężarem tego dziedzictwa, szukam z nim nici porozumienia, patrząc na świat, który na własne życzenie systematycznie puszczamy z dymem.
Zakończenia nie zdradzę, tak się nie robi. Kim jest kobieta, która nie jest tą, za którą się podaje, i kim naprawdę jest człowiek, który rozumie ptaki, tego również nie powiem; to droga, którą trzeba przejść samemu, strona po stronie. Powiem tylko, że po lekturze zostało we mnie więcej emocji niż słów i że teraz układam te zdania po omacku, jak ktoś, kto w ciemności szuka syna.








