Trzy różne, a te same – drzazga

Boleśnie. Dotkliwie wpijające się w ciało, niczym drzazga. Powoli staram się je z siebie wycisnąć. Lekko nadrywam osłaniającą je skórę, delikatnie rozszarpuję końcem igły, by dostać się do uwierającej zadry, złapać i pozostawić w śmiertelnym uścisku pęsety, by w końcu wyrzucić, pozbyć się. Słowa tkwią we mnie, kłują, sprawiają ból i uwierają — nie wszystkie słowa. Słowa niewypowiedziane siedzą najgłębiej. Wychodzą ze mnie, wówczas piszę.

Od pewnego czasu większość swoich wpisów poświęcałem sprawom różnym, z pełną świadomością pomijając w nich istnienie literatury. Choć na niej opierałem wszystkie słowa, to właśnie jej, nie dopuszczałem do głosu. Opowiadając historię, używałem jej instrumentalnie, całkowicie odebrałem jej prawo autonomicznej wypowiedzi, zdarłem z niej materię, z której została utkana przez swoich autorów. Dziś jest czas, by to zmienić i naprawić, jeśli naprawa jest jeszcze możliwa.

Kilka tygodni temu zakończyłem „zachłystywanie się”, wiem to niepoprawne słowo, winno raczej zabrzmieć: zbyt zachłanne spijanie espresso crema, delikatnie ułożonego na powierzchni porannej filiżanki, które miast chronić aromat ukryty pod nią, odkrywa go zbyt szybko, tym samym utrudniając ocenę sposobu przygotowania. Więc jakkolwiek by to nie miało zabrzmieć, przewróciłem ostatnią kartkę powieści Haruki Murakamiego rozpisanej w trzech tomach i zatytułowanej „1Q84”. Wówczas w powietrzu rozszedł się zapach wspomnień, a do dnia dzisiejszego nie jestem pewien czy to właśnie nie był ten decydujący moment, gdy usiadłem przed klawiaturą, by zmierzyć się z materią słowa.

Nazwisko autora nie mówi wam pewnie zbyt wiele, lecz… dla kogoś, kto uwielbia twórczość Zdzisława Beksińskiego i muzykę, której Mistrz słuchał podczas aktu tworzenia, 2 i 9 symfonię Mahlera, dotarcie do autora „Kafki nad morzem” czy „Płonącej stodoły” jest pewnego rodzaju życiowym continuum, najzwyklejszym wypełnieniem wcześniej obranej drogi, czymś tak powszednim, że musiało wreszcie nastąpić. Tak według mnie brzmi jeden z powodów sięgnięcia po Murakamiego.

„1Q84” to historia dziwna. Poskręcana we wszystkich możliwych płaszczyznach, a do tego szalenie trudna do ujarzmienia, bo na pozór liniowa toczy się w światach nierealnych, nieistniejących, na różnych płaszczyznach. Jej świat rozpięty został pomiędzy kilkoma miesiącami roku 1984, a zawieszony w miejscach, zdawałoby się równie prawdziwych i zwyczajnych, jak czytanie mapy wielkiego Tokio i jego okolic. Dla jednych będzie to udana literacka próba przeniesienia estetyki mangi i anime na kartki papieru, lecz nie jestem pewien czy to trafne wytłumaczenie tak wielu zawartych w tej powieści mikro historii. Literackie światy, nakreślone w tej powieści, domagają się osobnego wpisu. Jednak czytanie „1Q84” przez pryzmat anime może zaprowadzić w ślepy zaułek. Jest tu wiele odniesień do muzyki i spraw współczesnych, postaci i miejsc, które istnieją naprawdę, lecz utkane słowami Murakamiego połączenia pomiędzy nimi, zdarzyć się mogły jedynie na kartach powieści.

Studio z winylami, w którym pisze H. Murakami

Słowo. Na początku było słowo. Słowo, które tworzyło i miało moc sprawczą, a potem niszczyło i nabywało niezwykłej siły destrukcyjnej. Na granicy tych dwóch światów, zawieszona tuż przed momentem stworzenia, a jeszcze na chwilę przed zniszczeniem, wpisana jest powieść Murakamiego.

Kiedy historia dobiegła końca, trudno mi było odnaleźć się w tu i teraz, a potem pomyślałem sobie: wiem nieco więcej o zwyczajach panujących w kraju kwitnącej wiśni, wiem o istnieniu miasta kotów i poznałem pewne pragnienia Carla Junga. Nauczyłem się także czegoś jeszcze, wyraźnie dostrzegać różnicę pomiędzy życiowym wyborem a przyzwoleniem na to by coś się wydarzyło. To uczucie sprawiło, że pojawił się głód, uczta była jeszcze nie gotowa. Jak przedwcześnie wybudzony z dobrego snu, z przyjemnością pomyślałem o tym, by przeczytać coś zupełnie innego, jeśli tak mogę to nazwać, swojskiego, bardzo naszego, polskiego aż do bólu.

Yuvala Noaha Harariego poznałem kilka lat temu, oczywiście nie osobiście, nie na żadnym ważnym spotkaniu prowadzonym ze względu na pandemię na platformie zoom’a, choć bez uczestników, bo ci przecież o alkoholizmie wiedzą już wszystko, lecz poznałem go tak normalnie jak to tylko w tych zwariowanych czasach jest możliwe — czytając. Dziś nie jestem już pewien w jakich okolicznościach, kto polecił mi jego książki lub w końcu jak do nich dotarłem, jak na nie natrafiłem, nie ma to przecież większego znaczenia — coraz mniej ludzi słucha innych, a tym bardziej czyta ze zrozumieniem.

Pierwszą książką, która we mnie zamieszkała była niesamowita historia pod zwyczajnym tytułem: „Homo Deus. Krótka historia jutra”. Nie powiem, obszerna pozycja, która lubiła zawłaszczyć sobie na wyłączność mój czas na długie godziny. Potem było o wiele łatwiej, dotarły do mnie „Sapiens” oraz „21 lekcji”. Do dziś pamiętam to dziwne mrowienie gdy na lotnisku w Paro w Bhutanie, wysoko w Himalajach patrzyłem przez szybę małego sklepu z pamiątkami, jakich jest wiele rozsianych po lotniskach świata, na okładkę „Sapiens. Od zwierząt do bogów”. Zastanawiałem się wówczas, ilu ludzi kupiło książkę Harariego w takim miejscu jak to? Kończąc jedną podróż po bezdrożach kraju, w którym zamieszkało szczęście, zaczynało drugą, na pokładzie samolotu z książką w ręku i każdą minutą bliżej domu? Ilu?

Mie tak dawno bo we wrześniu, zakończyły się w Polsce Igrzyska Wolności. Niczego nie napiszę o tych kilku dniach ani o organizatorach tego wydarzenia, bowiem nie to jest najważniejsze. A ważne było to, że w gronie prelegentów obok Marii Peszek, Manueli Gretkowskiej czy Aleksandra Kwaśniewskiego i Szymona Hołowni wystąpili m.in. Jessica Bruder — to autorka książki „Nomadland”, która zekranizowana przez Chloe Zao otrzymała nagrodę Oskara i kilkanaście innych oraz nie kto inny jak Yuval Noah Harari. Wydaje mi się, że to on właśnie swoimi krótkimi, podsumowującymi definicjami, otworzył drzwi, przez które światło zaczęło wpadać do nieco zakurzonego pokoju, w którym przykucnęła znudzona cywilizacja. Może nawet rozpoczął coś w rodzaju intelektualnego ruchu wśród pisarzy, polegającego na świadomym sięganiu do prawdy uniwersalnej, jeśli taka istnieje, namawianiu czytelników do podążania tą samą drogą, by osiągnąć emocjonalną gęsią skórkę, coś w rodzaju takiego stanu umysłu, jaki zapewne mieli pierwsi odkrywcy. Sięganiu po prawdę nieosobistą, by ostrzec przed tzw. prawdą grupy rządzących i prowadzących własną, tak często tandetną narrację opisującą świat jako wycinek własnego podwórka. Otworzył drzwi do historii obiektywnej, która rzetelnie opisuje wydarzenia z przeszłości, zatrzymuje się na teraźniejszości i pozwala wyciągnąć wnioski mogące wkrótce stać się przydatnymi w nadchodzącej przyszłości, a taką mam nieomal pewność.

Podobnych jemu pisarzy po obu stronach oceanu pojawiło się kilku, lecz jak można poszerzyć własne postrzeganie i rozumienie świata… by nauczyć się lepiej radzić sobie z otaczającym i napierającym ze wszystkich stron chaosem? Wciąż byłem ciekaw książki polskiej, swojskiej do bólu, pełnej słów, które nieprzekładane z języka obcego, znaczyłyby to co autor chciał w nich zamknąć, polską publikację. Sięgnąłem więc po książkę, antropologa społecznego, wykładowcy akademickiego i aktywisty społecznego, profesora Kacpra Pobłockiego: „Chamstwo”. Ta książka otworzyła mi oczy na to, kim jestem.

Zdarza mi się, że ludzie nazywają mnie nienawistnym człowiekiem. Czasami są to zupełnie nieznajomi, którzy nieustannie czyhają na moje nowe wpisy, by wystrzelić we mnie jadem słów. Czasem są to dawni znajomi, których poznałem jeszcze w kościele lub na jego parkingu, rzucają ognistą salwę zdań na jakimś portalu społecznościowym, a potem blokują. Zdarzają się też zadufani w sobie znajomi, nazywający siebie samych „moimi przyjaciółmi”, których spotykałem na różnych tzw. polonijnych wydarzeniach. Łączy ich jedno: nienawiść.

Pobłockiego czytałem z przerażeniem. Zamknięty w czterech ścianach domu, otulony ciepłem najczulszej akceptacji czułem, jak wzbierała we mnie fala goryczy i poczucie bezsilności. Jeszcze nie tak dawno pod bladożółtym światłem księżyca i cieniem tego drugiego, zawieszonego tuż obok, lekko zielonego i mniejszego księżyca wierzyłem, że da się uciec z tego miasta, odjechać, punktualnie. Teraz eksplodowałem. Przez długi czas starałem się nie dopuszczać do siebie tych o mnie poglądów, tłumaczyłem sobie i innym, że są w błędzie, że jestem kimś innym. Walczyłem na wiele sposobów, aż zmęczyłem się i zdałem sobie sprawę z faktu, że oni mają rację. Już tego nie robię, zgadzam się z nimi, jestem człowiekiem nienawistnym. Noszę w sercu nienawiść do wszelkich form rasizmu, braku tolerancji, religijnej bigoterii i interesowności.

Tak oto oddałem głos trzem różnym autorom, trzem różnym książkom, trzem różnym opowieściom. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że całkowicie ze sobą niepołączonych, a jednak. By wyjaśnić ten przedziwny paradoks, przywołam na zakończenie, pewną starą opowieść zen:

Pewien mężczyzna, trzymając w ręku zapaloną pochodnię, wyruszył w drogę w poszukiwaniu ognia.
Gdyby tylko wiedział, czym jest ogień, mógłby ugotować sobie posiłek o wiele wcześniej.

0
0
0
0
0
0
0
0
0
1
0
1
0
1
0
0
0
0
0
0
0
0
0
0
0
0
0
1
0
0

Wydarzenia z życia, czasem cudowne, a czasem mniej, wpływają na to jak postrzegamy świat. Zmieniają nas na zawsze. Przeczytane książki, nie dadzą się na nowo od-czytać, mogą zostać zakazane lub stać się zapomniane, lecz tkwić jak drzazga w pamięci będą na zawsze. 16 października w Muzeum Polskim w Ameryce miała miejsce premiera książki Małgorzaty Pałki „Ona po prostu zniknęła. Niewysłane listy do córki” wydanej przez nowo powstałe Wydawnictwo Evergreen. Rozmowę z autorką poprowadziła Ewa Uszpolewicz-Figurski, a nad programem całego wieczoru czuwała Małgorzata Błaszczuk. Oprawę muzyczną przygotowali i wykonali Anna Włoch i Sławomir Bielawiec. Tamtego popołudnia byłem tam także, obserwując, słuchając i fotografując. Książkę przeczytałem, stając się autorem krótkiej rekomendacji w niej umieszczonej, polecam.

0

Leave Comments:

Add Comment

 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.